Czy od kopiowania nikomu niczego nie ubywa?

Nowa Fantastyka 03/2012 - okładka W czechosłowackim serialu Spadła z obłoków (konkretnie w odcinku ósmym, a konkretniej w szesnastej minucie) Majka, posprejowana na złoto kosmitka, na konferencji prasowej oznajmia, że w świecie, z którego przybyła, nikt nie musi pracować. A nie musi, ponieważ istnieje podręczna kopiarka do wszystkiego. Po czym udowadnia prawdziwość swych słów, wyciągając z klamerki paska dwa małe dyngsy i wielokrotnie kopiując za ich pomocą talerz z ciastkiem, a następnie neseser czechosłowackiego Foxa Muldera. (więcej w marcowym wydaniu Nowej Fantastyki…)


Udostepnij
Glodne Slonce

12 Responses to “Czy od kopiowania nikomu niczego nie ubywa?”

  1. agrafek Says:

    Właściwie to nie tylko czeski patent. W świecie Star Trek (nie wiem, czy piszesz o tym w artykule) też istnieją kompilatory materii zdolne wyprodukować prawie wszystko (nic nie wiem o ogromnych kompilatorach materii produkujących statki kosmiczne, ale całkiem skomplikowane części do tych statków już te maszynki są w stanie wytworzyć).

  2. flamenco108 Says:

    W końcu mieć milion i nie mieć miliona, to razem dwa miliony. To się nazywa kreatywna księgowość: jeżeli nie zarobiłem, to znaczy, że straciłem. A dlaczego? A dlatego, że gdyby nie kopiowanie, to ktoś by to musiał kupić. A tak, skopiował, a nie kupił. Znaczy, mogłem zarobić, ale nie zarobiłem, znaczy, straciłem.

    Rzecz w tym, że podświadomie ludzi to odrzuca, tak sądzę. Może to i jest jakaś logika, ale nieludzka.

    Oczywiście, wnioski dalsze, to znaczy, po co produkować nowe, skoro może to być skopiowane? A zatem, jeżeli wyprodukowałem z intencją zarobienia, a tu mi skopiowali, znakiem tego nie zarobiłem, a miałem zarobić, ergo, straciłem. Nie da się zaprzeczyć. Ale kopiowanie dotyczy nie tylko detalistów. A zaczęło się o wiele wcześniej, niż rozpoczęto kopiowanie filmów, a dopiero później książek: najpierw kopiowano Windołsy. I dlatego nikt specjalnie nie widzi w tym nic zdrożnego, bo wszyscy widzą Molocha, który upasł się na sprzedaży praw do kopii. I dlatego uznają, że mogą sobie skopiować. A jeżeli nie kopiują, to z reguły, bo im się nie chce, nie potrafią, albo nie wiedzą, że da się, bo się nie interesują (najczęstszy przypadek).

    Właśnie czytam Steinbecka i taka oto historia tam się wydarzyła: Adam Trask po pracach badawczych doszedł, jak przechować sałatę w lodzie przez 2 tygodnie. Transport z Kalifornii do Nowego Jorku trwa 3 dni, więc doskonały pomysł na interes: sprzedawać nowojorczykom w zimie świeżą sałatę. Ale najsampierw spadła lawina górach Sierracośtam - ciopąg postał kilka dni. Na Środkowym Zachodzie akuracik przyszły takie upały, że aż, a tam akurat najwolniej się jedzie. Później bałagan w dyspozytorni w Chicago, znowu przerwa kilka dni. Wreszcie awaria torów - kolejne kilka dni. Lód dawno już wyciekł. Do NYC dojechało coś dziwnego. A Traskowi przesłali jeszcze ekstra rachunek na 2000$ za sprzątanie wagonów z tego czegoś.

    Tak to robiono onegdaj. Dziś Trask zaprocesowałby linie kolejowe (mimo, że gwarantują tylko dostawę, nie gwarantując terminu) nie licząc, że do tego otrzymałby własne, sute odszkodowanie. Za niesprzedaną sałatę. Bo przecież by się ubezpieczył, kto się dziś nie ubezpiecza?

    Czasy się zmieniły.

    A teraz zmieniają się ponownie. Ciekawe, co z tego wyniknie. Bo szczerze wątpię, żeby dało się powstrzymać kopiowanie. Zapewne wymyślą na tym jakiś biznes. Bo Adam Trask wtopił, ale po nim poszli inni, którzy poprawili jego błędy: dali więcej lodu i otworzyli sobie rynek w jeszcze zimniejszym Chicago, na wszelki wypadek.

    A zatem: od kopiowania nikomu niczego nie ubywa. Producentowi ubyło, ale wcześniej, podczas produkcji, a nie podczas kopiowania. Podczas kopiowania po prostu on wtapia, bo nie następuje zwrot inwestycji. Ryzyko biznesowe rozciąga się od inwestycji aż do zwrotu, ale trwa w czasie, to nie jest błysk.

  3. Rafal Kosik Says:

    @flamenco108: Porównaj to do pracy np. glazurnika, który przez 2 tygodnie kładzie Ci płytki w łazience. Potem ty mu nie płacisz za robotę. Nie, bo nie. I on też nic nie stracił, nic mu nie zabrałeś.

    @afrafek: Pomysł pojawiał się wiele razy, choćby w Diamentowym Wieku, jednak nie oparłem się podaniu przykładu z czechosłowackim serialem SF :)

  4. flamenco108 Says:

    @Rafał: Otóż Twoja analogia jest błędna, by nie rzec - tendencyjna. Gdyż glazurnik czyni to na moje zamówienie, w mojej partykularnej łazience, podczas gdy ja mam na myśli producenta, który najpierw produkuje, a później szuka zbytu - to jest właściwa analogia. Analogia z glazurnikiem miałaby sens, gdyby pracował on dla dizajnerskiej firmy, ja im zapłaciłem, ale przyszedł kolega z piętro niżej, zrobił fotę łazienki, sam zamówił odpowiednie kafelki i wziął pana Czesia do zrobienia glazury wedle rozrysowania. Firma dizajnerska ewentualnie mogłaby mieć pretensje.

    Zresztą mój pan Henio, co mi czynił łazienkę, też wykonał pracę częściowo artystyczną: w końcu zrobił to, co ja sobie wymyśliłem, ale to on dopracował strzegóły (detale), kilka spraw wymyślił lepiej, a poza tym sprawił, że stało się to w ogóle możliwe. Dlaczego nikt nie myśli, że ma on jakieś prawa do tej pracy i np. gdybym chciał przebudować łazienkę, to muszę najsampierw do niego zadzwonić, czy dana modyfikacja glazury jest dopuszczalna?

    A podążając za analogią, to czemu nie ma walki pomiędzy producentami glazury o prawa do projektów? A temu tylko i wyłącznie, że technologia dzisiejsza czyni niemożliwym skopiowanie projektu: nawet kolejne serie różnią się np. odcieniem, wiem to z doświadczenia.

    Analogie można mnożyć.

    Czy ktoś płakał za odpływającym zyskiem licznych krawców i szewców, kiedy noszenie odzieży gotowej stało się tanie i przestało być hańbą? Czy wiadomo, na co musieli się przekwalifikować? Nikogo to nie obchodzi. Ale dopóki byli ci szewcy i krawcy, nie było też problemu praw autorskich, one pojawiły się dopiero, kiedy odzież zaczęła wyjeżdżać z fabryki. Czy prawo mówi coś o ilości produktu?

    Jak powiedziałem i to połowa tezy: czasy się zmieniają. Druga połowa tezy: ryzyko biznesowe pozostaje.

    Nie ma przeszkód, żeby wróciły czasy, kiedy chlubne było posiadanie czegoś swojego, nie masowego, osobistego - wtedy kopiowanie znowu mogłoby odbywać się na sztuki, a nie masowo. Masowa produkcja rozwinęła myśl techniczną, w efekcie której powstała technologia masowego kopiowania. Danych. Na razie danych. Bo do kopiowania spodni wciąż potrzebne są chińskie dzieci.

  5. Rafal Kosik Says:

    Weźmy lepszy przykład. Weźmy właściciela busa kursującego od stacji kolejowej do miasteczka kilka kilometrów dalej. Bus ma, załóżmy, 15 miejsc. Jednak jeśli bus przewiezie 3 osoby, spali niemal tyle samo, co wtedy gdy będzie pełen. Czy to znaczy, tuzin pasażerów może powiedzieć, że nie płacą za transport, bo kierowca nic na tym nie straci?

    Chętnie bym widział rynek dóbr niematerialnych oparty np. na zasadach donacji… znaczy darowizny - ściągasz kompletnie niezabezpieczony plik z filmem, po czym wpłacasz 1/3 obecnej ceny na konto producenta. Działałoby, gdyby ludzie byli uczciwi. A przecież nie są. A dokładniej uczciwi są niektórzy i oni cierpią przez zabezpieczenia i bariery wymyślane dla nieuczciwych.

    Druga sprawa, to narzekanie, że jest drogo. Wystarczyłoby pozbyć się pośredników, by cena np. książki spadła co najmniej o połowę. Tylko w teorii, bo żeby coś było tanie, musi się sprzedać w dużej ilości. A pośrednicy wydatnie pomagają tę sprzedaż zwiększyć. Dlaczego? Dzięki przyzwyczajeniom klientów. Książki wielu wydawnictw można można kupić bezpośrednio w należących do nich sklepach (sklepikach) internetowych. Jest taniej i zwykle szybciej niż gdzie indziej, a i tak sprzedaż przez takie sklepy jest niewielka. Ludzie wolą kupić w dużym, znanym sklepie.

  6. agrafek Says:

    Nie do końca jest tak, jak piszesz. Słynny eksperyment Radiohead - płaćcie nam za naszą płytę ile chcecie - jest wałkowany bez końca, niemniej zespół zarobił właśnie na ofercie “co łaska”. Oczywiście, najpierw musiał zyskać sławę, by fani jego muzyki gotowi byli za nią zapłacić. Istnieją serwisy typu jamendo, które umożliwiają podobne transakcje, ba tam mogę nawet ściągnąć sobie muzykę za darmo, jeśli nie chcę za nią płacić. A jeśli uznam, że płyta była tego warta, mam możliwość zapłacenia za to później. A zatem - coś się zmienia i być może za 10, 20 lat właśnie takie podejście będzie powszechniejsze? Oczywiście, na 10 osób uczciwych okaże się, powiedzmy optymistycznie, pięć. Ale, czy tych pięciu, które nie zapłącą nie należałoby wliczyć w koszty reklamy? W końcu nie każdy, do którego trafia ulotka reklamująca nową pizzerię zamawia w niej pizzę, prawda? Czy owe niezakupione pizze pizzeria wlicza w straty, czy cieszy się z tych, które jednak zostały zamówione?

    Osobna to sprawa to nasza lokalna sytuacja. Ja bardzo chętnie zapłacę za prawo do ściągania seriali, pod warunkiem, że będę mógł je ściągać/ oglądać przez internet w co najmniej takiej jakości, jaką zapewniają mi piraci. I gdybym mieszkał w USA miałbym taką możliwość. A w Polsce ludzie coś nie chcą moich pieniędzy. HBO “złożyło mi” podobną ofertę i oglądnąłem z ciekawości jeden odcinek “Kompanii Braci” na komórce (ekran mały, ale obraz jak żyleta:) ). Ale do większości interesujących seriali dostęp w dobrej jakości (bez reklam i w oryginale) mam wyłącznie nielegalny.

  7. flamenco108 Says:

    No właśnie. Uważa się za uczciwe, że płaci się za dobro niematerialne, zanim się je pozna (np. książka: kupuję, zanim przeczytam, o jej jakości sądząc na podstawie nieracjonalnych przesłanek, które, co prawda, zwykle się sprawdzają - reklamie, sławie autora, blurbach, opiniach znajomych itp.). To jest uczciwe. Podobnie uczciwe jest kupowanie chleba, zanim się sprawdzi, czy w nim jest śruba, albo martwa mysz i czy rzeczywiście nie jest spleśniały.

    Tymczasem wszelkie proponowane modele biznesowe oparte na zasadzie zapłaty z dołu budzą obawy producentów. To oczywiste, od wieków przyzwyczajeni jesteśmy, że ryzyko ponosi kupujący. Oczywiście, nie ryzyko biznesowe dla przedsięwzięcia, a ryzyko w danej transakcji.

    Myślę, że forma przedpłaty dla dóbr typu informacyjnego przetrwa w formie ryczałtów i abonamentów, które rozliczane będą wewnątrz organizacji świadczącej masowy do nich dostęp - np. tak się dzieje już z filmami. Powstają strony, na których opłacasz abonament (przystępny) miesięczny i możesz oglądać do woli, co tam mają. Jeżeli film się nie spodoba, po prostu możesz wybrać inny, tracisz tylko chwilę. Oczywiście, jest to oferta dla tych, którzy dużo oglądają - im to się opłaca. Ale konkurencja i na tym rynku się pojawi, a ten model biznesowy jest już dość wypróbowany (kluby książki mają ponad 100 lat) i spełnia bardzo ważny warunek: ułatwia życie leniwym.

    Powiedzmy, że za 10-20 lat będą portale specjalizowane. Ja lubię oglądać filmy sensacyjne i dokumentalne. Wykupię zatem abonamenty (po np. 10pln) na rambo.pl i na dokumenty.pl. I będę sobie oglądał. Jeżeli ochota przyjdzie mi nagle na kino familijne, wejdę na familijne i zapłacę 5pln za obejrzenie jednorazowe filmu familijnego. Konkurencja spowoduje, że ceny na portalach będą się wahać, także zależnie od popularności danego filmu, to oczywiste, zatem zadowoleni będą niszowcy, ale miłośnicy pulpy gotowi są płacić.

    Piractwo zawsze wymaga pewnej wiedzy i wprawy, związane jest z ryzykiem, że pobrane pliki są zawirusowane, zawierają nie to, czego szukałem. Większość ludzi wybierze rozwiązania proste i legalne, po przystępnej cenie. Zadziała prawo masy.

    A czy w efekcie przemian rynkowych SPADNĄ zarobki w branży multimediów? A niech spadną, tam ludzie zarabiają naprawdę dużo, a dają niewspółmiernie mało. Nie widzę powodu, żeby po nich płakać. Oczywiście, powyższe rozważania nie zawierają recepty dla rynku książki, który wciąż się kurczy (podobno), a ostatnio grozi mu, że dołączy do rynków spiraconych, gdy pojawią się tanie czytniki ebooków. Prawdę mówiąc nie mam na to pomysłu na razie, wiadomo tylko, że DRM to pic na wodę, którego celem jest, żeby zarobili sprzedawcy technologii DRM, a nie prawdziwi producenci dóbr intelektualnych.

  8. szary Says:

    Dorzucę tylko jeden fakcik.
    Takie pytanie do wszystkich uczestników.
    Ile z całkowitej liczby książek, które Państwo przeczytali, było książkami przez Was kupionymi a ile wypożyczonymi od znajomych czy z biblioteki?

    Jak wyglądałaby ogólna kultura ludzka, gdyby trzeba było płacić za każde przeczytanie książki? Na przykład jak wyglądałaby edukacja szkolna gdyby wszystkie lektury trzeba było kupować?

    Nie chodzi mi o obronę piractwa, ale o to, że musi powstać jakiś sposób podobny do bibliotek publicznych - bo inaczej nie ‘rozsmakujemy’ ludzi w odbiorze dóbr kulturowych, a to na dłuższą metę po prostu zmniejszy na nie popyt.

  9. agrafek Says:

    @ szary
    Ja, prawdę mówiąc, prawie nie korzystam z bibliotek. Beletrystyki z nich, w każdym razie nie wypożyczam, raczej biegam do czytelni w poszukiwaniu książek zupełnie niedostępnych na rynku, a poświęconych zagadnieniu, którym się akurat zainteresowałem. Niemniej, dawno temu, w czasach licealnych i (nieco mniej dawno temu) studenckich korzystałem z obrotu książek wśród znajomych. I masz rację - bez tych pożyczanych książek, wielu powieści bym nie przeczytał, a po wielu autorów, których książki teraz kupuję, nie sięgnąłbym.

  10. Rafal Kosik Says:

    Nie ma co porównywać zarobków w branży muzycznej czy filmowej do rynku książki. Trudno też niestety porównywać uczciwość przeciętnego Polaka do zachodniego Europejczyka. I nawet nie chodzi o to, że tu ludzie są biedniejsi, tylko że generalnie kombinowanie mamy we krwi. Odsetek płacących post factum byłby więc znikomy, jak sądzę. A w kwestii reklamowania produktów to chyba niewiele zmieni, może tylko reklama będzie musiała być uczciwsza i nie szafować po raz kolejny ściemą „Polski Stephen King” czy „drugi Dan Brown”.

    A że trudno coś obejrzeć legalnie, albo można to zrobić tylko przez krótki czas, to też problem.

    Ja przymierzam się do rezygnacji z Cyfry+. Oglądam TV bardzo rzadko i konkretne kanały. Oczywiście chciałbym płacić za te, które oglądam, a tam niestety są pakiety i jak chcę mieć dostęp do moich kanałów, muszę płacić też za te, których nigdy nie włączę. Np. chciałbym tylko kanały filmowe i naukowe, a tu niestety jeszcze kilo piachu do tego. To tak, jakbym w zieleniaku kupował kilogram jabłek, ale musiałbym je kupić w pakiecie z kiszoną kapustą i burakami.

  11. flamenco108 Says:

    Mam na myśli portale internetowe, jak np. www.iplex.pl. Pakiety telewizyjne to rzeczywiście typowy przykład, jak producent może skłonić potencjalnych klientów do piractwa.

  12. Darcze Says:

    Drogi Flamenco,
    To co piszesz jest nieprawdą, chociaż na pozór logiczną. Mieszasz pojęcia zysku księgowego i zysku ekonomicznego. Jeżeli chciałbyś zgłębić temat i zobaczyć jak wyglądałaby gospodarka ze swobodą kopiowania polecam poczytanie o innowacyjności w gospodarce doskonale konkurencyjnej. Jeżeli chcesz znać przyczyny wprowadzenia praw autorski powinien zaciekawić Cię temat nieproporcjonalnie dużych kosztów stałych w stosunku do kosztów zmiennych. Wyżej podpisany zawsze służy pomocą w wyjaśnieniu problemu pod: d.okulicz@gmail.com.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).