Czy fantastyka ma być naukowa?

Statystyczny czytelnik fantastyki nie chce czytać szczegółowych opisów maszyn do podróży w hiperprzestrzenni, nie potrzebuje elaboratów na temat struktury społeczeństw przyszłości. Statystyczny czytelnik w powieści szuka przede wszystkim inteligentnej rozrywki. Jedynie część oczekuje wiarygodnego uzasadnienia dla opisywanych wydarzeń i logicznego wytłumaczenia struktury świata, w jakim osadzona jest akcja. Ta część to potencjalni czytelnicy fantastyki naukowej. Z naciskiem na „potencjalni”.

Doświadczenie z innych dziedzin życia pokazuje, że istnieje powszechna tendencja do zaspokajania potrzeb w sposób jak najbardziej ekonomiczny, czyli najmniejszym kosztem. Skoro więc istnieje zapotrzebowanie na fantastykę naukową, to w pierwszej kolejności zostanie ono zaspokojone powieściami z gatunku new weird, które dają złudzenie naukowości, a są łatwiej przyswajalne przez czytelnika bez umysłu choć trochę ścisłego. Przypomina to leczenie objawowe, ale jest akceptowane przez świadomych tego odbiorców.

Oczywiście są czytelnicy, którym to nie wystarcza. Dla nich powstaje twardsze science fiction, gdzie nie ma już miejsca na przemilczanie luk logicznych ani na przyjmowanie faktów na wiarę. Tu pojawia się jednak kolejne pytanie: jak bardzo naukowa powinna być fantastyka naukowa? Czy powinna szczegółowo drążyć elementy opisywanego świata, czy tylko dbać o jego wewnętrzną spójność? Dawno minęły już czasy, kiedy misją autora było przybliżanie niezrozumiałych teorii naukowych i wynalazków zwykłym ludziom. Od tego czasu badania naukowe przeniosły się na tak wysoki poziom abstrakcji i specjalizacji, że od możliwości poznawczych przeciętnego człowieka dzieli je przepaść. Trudno sobie wyobrazić powieść SF przybliżającą czytelnikowi na przykład teorię superstrun bez zalewania go potokiem niezrozumiałych terminów naukowych. W myszce, która z dużym prawdopodobieństwem leży teraz po prawej stronie Twojego komputera, zawartych jest tyle wynalazków z tylu dziedzin nauki, że opisanie skąd wziął się każdy z nich zapełniłoby kilka solidnych książek. Byłaby to extremalnie nudna lektura, więc umawiamy się, że wystarczy nam wiedza ogólna, że prąd, że laser, że układy scalone. Opisywanie fikcyjnego artefaktu w powieści SF wygląda mniej więcej tak samo.

Kolejny problem to rzetelność opisu naukowego. Nie da się przecież dokładnie opisać nieistniejącej technologii, bez wynalezienia jej. Uproszczenie jest wiec konieczne i pisanie np. o podróży do innego układu planetarnego polega właściwie na gdybaniu i lawirowaniu między mieliznami niewiedzy. O powstałej współcześnie wizji podróży na Kasjopeję możemy na sto procent powiedzieć, że się nie sprawdzi. To oczywiste, bo autor nie wie nic o następujących po sobie kolejnych wynalazkach, ani o przyszłych odkryciach wynikających z odkryć, które wynikają z odkryć itd., a które to w końcowym efekcie umożliwią taką podróż. I tak warto pisać fantastykę naukową, choćby po to, by wizja sprawdziła się w jednym procencie. I po to, by ktokolwiek chciał kiedyś polecieć na tę Kasjopeję.

Ale czy autor powinien w ogóle przejmować się oczekiwaniami czytelniczymi? Czy też ma pisać to, co mu w duszy gra, choćby i wbrew trendom? Nakłady najwybitniejszych współczesnych powieści SF są wielokrotnie niższe od nakładów fantastyki nienaukowej (lub pseudonaukowej). Nie sądzę, żeby kiedykolwiek mogło to ulec zmianie. Jedynie część części czytelników szuka prawdziwej fantastyki naukowej. To jest nisza w niszy. Być może elitarna.

Czy więc fantastyka ma być naukowa? Przede wszystkim ma być interesująca. W szeroko rozumianej fantastyce jest miejsce dla każdego, kto ma choć trochę wyobraźni.


Udostepnij
Glodne Slonce

56 Responses to “Czy fantastyka ma być naukowa?”

  1. Dziebak Says:

    Zdarza się czasem, że autor próbując przybliżyć czytelnikowi pewne zagadnienia czy sposób działania pewnych wynalazków traci kompletnie fabułę, a książka zawiera jedynie opisy gdzie bohater podłączył daną wtyczkę, czy ile miała ona bolców. Fantastyka pwinna być logiczna, ale niekońecznie powinna zamieniać się w traktat naukowy o świecie za kilka/dziesiąt/set lat.

  2. FNiN_addict Says:

    Jeśli ja już myślę o fantastyce naukowej, to mi przychodzi do głowy termin science fiction. I właśnie takie książki wolę. Nie wiem, panie Rafale, do jakiego rodzaju kwalifikuje pan swoje książki, ale ja zwykłam je nazywać science fiction. Oczywiście, lubię też czasem poczytać fantastykę, ale te magiczne rzeczy jakoś mniej do mnie trafiają. Wolę (może i trochę niedokładne czy też nierzetelne) opisy w dziełach fantastyki naukowej. U mnie nigdy nie jest na jedną stronę: raz taki opis maszyny czy promu mi wystarcza, innym razem brakuje mi jakichś danych technicznych. Tak naprawdę nie wiem od czego to zależy, a w sumie może właśnie zależeć od tak prozaicznych czynników jak: mój humor, pogoda, ciśnienie atmosferyczne, to jak się dziś czuję etc. W każdym razie lubię wiedzieć trochę więcej.

  3. cascadebadge Says:

    Ja najbardziej lubię magicznie-naukowo. Tzn. jakikolwiek świat, smoki, czary, ogniste kule i nawalający się niemi źli i dobrzy magowie. Byleby było do pewnego stopnia logicznie. Smoki są, bo wyewoluowały z prastarych gatunków, czary są bo, eeeee…. tu już trudniej wyjaśnić, ognista kula się robi bo w promieniu kilometra temperatura spada o 0,1 stopnia, toi w powietrzu nad ręką się robi o ileśtam wyższa. I w ogóle.

  4. NSD Says:

    Fantastka ma być fantastyką totalnie odmóżdżającą. Taką właśnie fantastykę kocham:)

  5. DeathDay98 Says:

    Ja akurat uważam, że fantastyka jest spoko, o ile ma jakieś logiczne wyjaśnienie. Taki, np. film “Fantastyczna czwórka” - mają moce bo napromieniowali się energią kosmiczną pochodzącą z burzy, bla, bla, bla. Albo “Powrót do Przeszłości” - zbudowali czasoteleporter w samochodzie. Pewne warunki, takie jak wyjaśnienie skąd się bierze główna moc bohaterów, bądź skąd się na Ziemi wziął jakiś… no nie wiem, no na przykład kosmita…

  6. Mateusz Says:

    Każdy szuka czegoś innego w fantastyce jako takiej(niektórzy chcą się przestraszyć, inni przenieść do świata smoków i magii, a jeszcze inni polecieć na nieznaną planetę).

    Mi się wydaje, że w s-f szukają łatwiejszego przyswajania jakiejś teorii, wynalazków, dzięki fabule, bo mogliby przeczytać książkę naukową na ten temat, ale to samo wplecione w fabułę jest prostsze do przyswojenia i wyobrażenia ; ) Ja nie lubię s-f jako takiej, bo nie interesuje mnie budowa promu kosmicznego(ogólnie to sobie wyobrażam, ale bez przesady), wolę poczytać epic fantasy :D

  7. Mateusz Says:

    Dopiero po napisaniu komentarza zacząłem czytać posty innych, także odpowiem ;]

    @FNiN Addict

    W “Empiku” klasyfikują FNiN jako “dla młodzieży”, chociaż łapie się ogólnie pod “fantastykę”(są różne podziały, bo niektórzy oddzielają s-f od fantastyki, a inni dzielą to jako fantastykę i 3 podkategorii).

  8. FNiN_addict Says:

    Mateusz, nie wiem czy wiesz, ale pan Kosik pisze też książki dla dorosłych. Je tutaj nazywam sf. A dla młodzieży to może być i “Zmierzch”.

  9. Gall anonim Says:

    Pana książki (Kameleon i Mars) były moją pierwszą fantastyką naukową, od kiedy je przeczytałam, od kiedy odkryłam tą stronę, od kiedy przeczytałam pana recenzje filmów i książek, zaczełam coraz większą uwagę zwracać na niescisłościi coraz mniej lubie Fantasy. Postanowiłam czytać więcej fantastyki, bo pana książki bardzo mi przypadły do gustu ;)

  10. Mateusz Says:

    @FNiN addict

    Wiem, że pisze też dla “dorosłych” - jak dla mnie nie ma podziału na “dla dorosłych” i “dla dzieci/młodzieży”, jeśli chodzi o książki, bo one są dla wszystkich - a wiem, bo “siedzę” na tym blogu dość długo i nawet(! :D) przeczytałem jedną - “Kameleona” ;p

    A tak od siebie dodam, że “Kameleon” na prawdę mi się spodobał, szczególnie te “procesy naukowe”, ten rozwój techniki i opisy tego.

  11. Ponury Żniwiarz Says:

    FNiN też jest sf ;] Ale wydaje mi się, że hasło: dla młodzieży nad książkami FNiN jakoś tak bardziej przyciąga. Tak samo jak to, że Zmierzch kwalifikowany jest jako horror (co jest ,delikatnie mówiąc, śmieszne), może bardziej zwrócic czyjąś uwagę, niż hasło: romasidło, że aż boli.

  12. Dziebak Says:

    W sumie wszystko zależy od gustu. Ktoś może mieć na półce książki autorów typu MacLean, a czytać “Świat Nauki” bo interesuje się techniką.

  13. Jakub Says:

    Ja tak naprawde lubie czytać wszystkie książki ze wszystkich które przeczytałem to chyba tylko jedna mi się nie podobała ale najbardziej to lubie właśnie czytać książki fantastyczne.Dla mnie podziału nie ma bo nawet gdyby drosły przeczytał fnin to by się podobała.

  14. Gall anonim Says:

    @Jakub: Gdyby dorosły przeczytał FNiN to by mu się spodobało( no wiem zależy od gustu) ale 10-letnie dziecko czytające FNiN raczej nie powinno czytać “Kameleona” lub “Marsa”.

  15. Justyna Says:

    Ja wolę tę fantastykę nienaukową. Ja jestem absolutną humanistką i nie dla mnie technika, fizyka, itd., zwłaszcza na zaawansowanym poziomie. Póki wszystko zachowuje względną realność ja jestem zadowolona :)

  16. tesska Says:

    Od kiedy bycie humanistką ma coś do czytania fantasy / SF? :>
    Homo sum humani nihil a me alienum puto!

  17. Jakub Says:

    @Gall anonim tez prawda

  18. Ponury Żniwiarz Says:

    Może, ale nie musi miec. Ja też sobie nie wyobrażam czytac książkę, w której dodatkiem do jakichś teorii fizycznych, budowy skomplikowanych urządzeń i czegoś tam jeszcze, były dialogii. To po prostu nie jest dla nas, humanistów, i ja za to serdecznie podziękuję.

  19. Mateusz Says:

    A ja nie jestem ani “humanistą”(wszyscy używają tego pojęcia błędnie, bo “humanista”, to osoba wszechstronnie wykształcona), ani ścisłowcem - po prostu jestem dobry ze wszystkiego, a takie “ja jestem “humanistą” i nie rozumiem tej matematyki!” to jak dla mnie zwykły leń.

  20. Justyna Says:

    Mateusz, bo oceniasz zbyt surowo ;) Mam 4 z fizyki, z matmy. Nie jestem leniem. Ja po prostu nie potrafię ogarnąć wyższej techniki. Pewnie, jak bym to wkuwała całe dnie to bym zrozumiała. Ale do tego potrzeba też pasji. A tu mowa o pojęciach bardziej skomplikowanych, wiec siłą rzeczy nie lubię tego w książkach. To o czym gadali Net z Felixem w OS już mnie męczyło.

  21. Mateusz Says:

    @Justyna

    Ale 4 z fizyki, z matmy, to nie jest źle. Poza tym to zależy od nauczyciela, bo u jednego 5 to u innego 4. Między wkuwaniem, a zrozumieniem jest spora różnica. Mam 5 z fizyki(powinienem mieć 6, ale mnie nie lubi baba), 5 z matmy i to nie jest jakieś trudne do zrozumienia. Cała druga klasa z fizyki to są 3, 4 wzory, które trzeba odpowiednio przekształcić.

  22. Justyna Says:

    I zależy która druga klasa bo ja już jestem w drugiej technikum ;)

  23. Ponury Żniwiarz Says:

    Mateusz, albo Ty jesteś dopiero w gimnazjum, albo ja nie wiem… Jestem w drugiej klasie liceum, mam podstawę z fizyki i ledwie godzinę tygodniowo tego przedmiotu, a już poznałem 6 wzorków do przekształcenia. Tak mnie oburzyłeś tym co napisałeś, że aż sprawdziłem to w zeszycie.
    Widzisz, ja uwazam, że są dwa rodzaje humanisty. I nie warto czepiac się samej nazwy, bo to wiadome co każdy ma na myśli: kogoś kto rozwija się z przedmiotów typu: j. polski, historia, wos, ewentualnie jakieś inne języki.
    Jak wspomniałem, wyróżniam dwa rodzaje humanisty: człowieka zafascynowanego takimi przedmiotami oraz typowego lenia.
    Zacznę może od tego jaki jest mój stosunek do przedmiotów ścisłych.
    Nie zamierzam zostac inżynierem, nie rajcuje mnie świadomośc z jaką prędkością uderzy o ziemię tenisowa piłka upuszczona z wysokości 1,5 metra oraz w głębokim poważaniu mam z jaką prędkością obraca się płyta CD.
    Nie będę lekarzem, co automatycznie wyklucza z moich zainteresowań biologię i chemię… Wystarczy mi poznac najistotniejsze podstawy z tych oto przedmiotów i dziękuję bardzo.
    To samo mam z geografią. Średnio mnie obchodzi budowa wnętrza Ziemi, rzezbotwórcza działalnosc wód płynących i lodowców, serio.
    O matematyce może już nie będę wspominał, bo przecież wszyscy dobrze wiedzą, że ni za cholerę nie przyda mi się wiedza dotycząca obliczania cosinusa 30*, do jasnej cholery!
    Z żadnym z tych przedmiotów nie wiążę swojej przyszłości i to nie jest tak, że ja jestem leniem i się tych przedmiotów nie uczę. Ja NIE WIDZ? SENSU I POTRZEBY w zagłębianiu takiej wiedzy. Zdecydowanie wolę przeczytac biografię Henryka VIII czy Elżbiety I, a z kartkówki z fizyki dostac trójkę czy nawet dwójkę. Wystarczy mi te przedmioty zaliczyc.
    I tak, to jest to co mnie rajcuje! XVI-wieczna Anglia, okres rozbiorów Polski, wojny światowe, czy nawet epoka panowania Jagiellonów na europejskich dworach! Uwielbiam książki i nie wyobrażam sobie życia bez nich, no i mam zamiłowanie do naszego ojczystego języka. Czy nie uważacie, że jest on piękny? Ja tak uważam, dlatego zamierzam go w przyszłości nauczac, choc jeszcze długa droga przede mną, zanim do tego dojdzie. Z tym wiążę swoją przyszłośc i fizycę mówię stanowcze: won!

  24. Dziebak Says:

    Wiesz, uwielbiam fizykę, szanuję przydatność matmy dla przyszłego inżyniera, lubię wiedzieć jak działa moja planeta i organizm, a oprócz tego uwielbiam czytać i uwielbiam j.polski (jako lekcje). Oczywiście moja wiedza na temat języka samego w sobie i znajomość historii literatury to dla mnie magia ;-) Każdy lubi co innego ofc.

    @Mateusz:poczekaj aż będziesz w LO i bądź “dobry ze wszystkiego”.Jedni lubią poezję, gdzie można powiedzieć wszystko o niczym, a inni matematykę gdzie 2+2=4 i nikt tego nie zmieni.

  25. Ponury Żniwiarz Says:

    W liceum to (przepraszam za wyrażenie) żeby się człowiek usrał, to nie będzie miał czasu, żeby byc dobrym ze wszystkiego. Dziękuję bardzo…

  26. Jakub Says:

    @Ponury Żniwiarz masz też racje matematyka, fizyka i inne mi się też nie przydadzą do pracy którą będe chciał wykonuwać j.polski jest fajny i bedzie potrzebny w mojej pracy ale matematyka będzie w końcu na maturze to trzeba też się troche poduczyć

  27. Dziebak Says:

    A jednak głupi być ogarniętym tylko z jednego przedmiotu. To dość ograniczone jest.

  28. Ponury Żniwiarz Says:

    Wiem, że z matmy jest matura, ale to nie oznacza, że mam się jej wykuc tak, żeby ją zdac na 90%.
    Dziebak: polski, łacina, historia i jak się uprzec to angielski i byc może jeszcze jakiś język, wszelaki rodzaj literatury oraz poezji, a nawet nie wiem czy to wszystko, czego mogę się spodziewac po studiach na filologii polskiej - to jest dla Ciebie ograniczone?

  29. Jakub Says:

    @Gall Anonim grasz football team? bo widziałem tam taki nick jak tu masz

  30. Justyna Says:

    Brawa dla Ponurego, z ust mi wyjąłeś te słowa ;) Pomijając te ostatnie akapity o twoich zainteresowaniach. Ja jestem w technikum i trzymam się na 4 i 5. Wprawdzie nie mamy wymagającej fizyki, z matmy jakoś czołgam, chemia i biologia ujdzie. Ale ja tych przedmiotów już nie potrzebuję. Znam to co umie większość ludzi. Sinusy i reszta, wzory i inne pierdoły nie będą mi potrzebne - technikowi żywienia. I ja wiążę przyszłość właśnie z tym. Z gastronomią. Wiec to co teraz mam na lekcjach… Naprawdę nie jest mi potrzebne.

  31. Ponury Żniwiarz Says:

    Toteż dlatego w trzeciej klasie liceum nie mam już w ogóle takich przedmiotów jak fizyka, chemia, biologia i geografia. Z przedmiotów ścisłych pozostaje mi tylko matematyko, bo, na nieszczęście, jest na maturze ;(

  32. y Says:

    Oj, Ponury, są tacy ludzie :)

  33. Ponury Żniwiarz Says:

    A nawiązujesz do ludzi, którzy…?

  34. Mateusz Says:

    @Ponury

    Ja też nie widzę sensu w obliczaniu 2x+y, bo jak źle wstawię “-”, to się mnie pyta matematyczka czy chciałbym zarabiać 2000zł czy -2000zł. Nie obchodzi mnie jakim stylem malował picasso i inne takie pierdoły, jak wymieniłeś, bo chyba nikt nie widzi w tym sensu, oprócz nauczycieli - bo to będzie na egzaminie. Ale po co to na egzaminie? Jestem aktualnie w 3klasie gimnazjum i zawsze słyszałem w podstawówce - “podstawówka to nic, poczekaj na gimnazjum”, w 1/2 gimnazjum - “1/2 gimnazjum to nic, poczekaj na 3 klasę”, i co? Nic, ciągle to samo, zwykłe gadanie dla gadania, jak to ciężko jest. Nie widzę też sensu w interpretacji na polskim wiersza.

  35. FNiN_addict Says:

    A ja nie widzę sensu we wkuwaniu fizy i chemii. I możemy tak dyskutować w nieskończoność a do ładu i porozumienia nie dojdziemy i tak. Prawda jest taka, że na maturze musimy pisać wiele rzeczy nieprzydatnych, z różnych przedmiotów i nic na to nie poradzimy. Każdy chce inne studia, bo co innego go interesuje.

    A ja ci powiem, chłopcze Mateuszu, że w liceum to będziesz tak zaiwaniał, że ci nawet na obdzielenie połowy przedmiotów nie starczy. Skończyłam gima z średnią 5.75 i szczerze nic mi to nie dało. Prawda, że nie spadłam nisko, bo do 5.0, ale co tu ma średnia do gadania. Twoje “jestem dobry ze wszystkiego” zrobi na mnie wrażenie, jak pójdziesz do liceum. Ech, w gimnazjum było tak prosto… Tak, tak.

  36. Mateusz Says:

    @FNiN_addict

    No tak, “podstawówka to nic, w gimnazjum to będzie zapierdziel”, “1/2 gim to nic, w 3 to zobaczysz”. Takie gadanie dla samego faktu, żeby ponarzekać, jak to człowiekowi ciężko. Nie interesuje mnie twoje 5.75, bo “bogiem”, to możesz być w oczach nauczycieli, którzy widzą cię jako “świetnego i inteligentnego człowieka, który wszystko potrafi, jest rozsądny, odpowiedzialny” blablabla, a jak przyjdzie co do czego, to nic z tego nie ma. Ja mam średnią(od 4podstawówki do 2gim) wahającą się w okolicach 4.5. W ogóle się nie uczę(tylko większe sprawdziany), wszystko co wiem, pamiętam z lekcji, wszystkie egzaminy(gimnazjalny,6klasisty, matura) są na logikę + podstawowe informacje z każdego tematu.

    Gadanie gadaniem, a wszyscy wiedzą jak jest na prawdę.

  37. FNiN_addict Says:

    To życzę powodzenia z twoją ‘logiką’ na maturze. Widzę, że nie ma z tobą co dyskutować, bo nie dość, że nie zrozumiałeś mojego posta, to go jeszcze perfidnie przekręciłeś i wykorzystałeś do udowodnienia swoich “racji”.

  38. Mateusz Says:

    Dokładnie tak, masz rację. Ja wiem swoje, ty wiesz swoje, zobaczymy kto w życiu na tym lepiej wyjdzie ; )

  39. Dziebak Says:

    Ja szczerze mówiąc w 3 gim. się nie przemęczałem, zgarnąłem laureata i z 200 punktami w kieszeni siedziałem na lekcjach słuchając Boba i jego “Sun is shining”. Ale w LO niektóre rzeczy się zmieniają i prawdopodobnie przekonasz się o tym, jak dojdziesz do tego LO.

    Druga rzecz, to to, że sam wybrałem właśnie LO - Liceum Ogólnokształcące. Większość rzeczy mi się w życiu nie przyda i o wielu zaponę, ale znajomość wszystkich tych podstawowych przedmiotów daje mi wiedzę o otaczającym mnie świecie. A przynajmnie z takim podejściem łatwiej mi zaakceptować przymus ich nauki.

    Tak na marginesie, jak nie 3 gim. to LO. Jak nie LO to studia. A jak na studiach nie poczujesz, że jest ciężej niż w podstawówce, to się zdziwisz jak w robocie zaczną gonić.
    No chyba że jesteś na tyle genialny żeby rozkręcić własny Microsoft czy zgarńąć innego Nobla, ot tak na dobry start.

  40. Ponury Żniwiarz Says:

    Mateusz, może Ty po prostu chodzisz do jakiejś marnej szkoły, co? Ni za cholerę nie spotkałem w swoim życiu człowieka, który mówi, że się praktycznie wcale nie uczy, to co wie, to wiedza z lekcji, a ma średnią w granicach 4.5, tak więc wybacz, ale w to po prostu nie uwierzę ;)
    Hmm, a może to ja jestem jakiś głupi, że się uczę, a średniej nie mam jakiejś wybitnej? Taaa, żeby w liceum średnia jeszcze miała jakiekolwiek znaczenie ;|

  41. hankes Says:

    To może ja wrócę do tematu, porzucając akademickie (czy też gimnazjalno-licealne dyskusje) na temat semantyki przeplatające się z tymi dotyczącymi skuteczności i poziomu polskiego szkolnictwa na różnych etapach w różnych częściach kraju. Popieram, swoją drogą, Mateusza: nie uczcie się, to robi siekę z mózgu. Nigdy się nie uczyłam, dopiero “zaczynam próbować”, a jestem na drugim roku studiów i skończyłam całkiem niezłe liceum z beznadziejnym świadectwem i całkiem ładnie zdaną maturą.

    Rafale, Rafale. Mam nadzieję, że pamiętasz Triconowy panel poświęcony hard sf w odniesieniu do wspaniałej serii Uczta Wyobraźni. Zdania były podzielone między tych, których przekonuje fakt opisywania świata przedstawionego w głęboko w jego wnętrze idących szczegółach, a tych, którym bzdurność pomysłu na konstrukcję opisanego napędu statku problemu nie sprawi, bo jeśli tylko brzmi to wystarczająco poetycko i jest ładnie opisane, mogą przymknąć oko.
    Ja jestem raczej wśród tych drugich, choć są momenty, kiedy pasjonaci jasno wykładanej, zgodnej z prawami fizyki literatury fantastyczno-naukowej są mi bliscy. Wśród tych pozwalających na drugorzędność ścisłej logiki i spójności osadzam się, z uwagi na występowanie w całej dyskusji słowa “fantastyka”. Pozwala ono na sporą swobodę w kreowaniu rzeczywistości. Oczywiście jeśli opisujemy podróż na Marsa jako nowe osiągnięcie ludzkości (leżące przecież w niedalekiej przyszłości naszej realnej cywilizacji), powinniśmy zachować pewne pozory, które pozwolą czytelnikowi uwierzyć w możliwość pomysłu i w zdrowie psychiczne autora. Inną sytuacją jest, kiedy autor nie ma na celu skłonić czytelnika do zaufania w realność przedstawionego świata, ale nie o pobudkach twórczych chciałam pisać.

    Jednak kiedy opisujemy świat posunięty daleko w przyszłość, wykreowany tak, że właściwie tylko autor i żyjący w świecie tym bohaterowie, są w stanie zgłębić go i zrozumieć zupełnie, nie uważam za wskazane drążyć fizycznych teorii, które mogłyby uwiarygodnić całość. Za przykład wezmę przeczytane przeze mnie w zeszłym tygodniu “Światło” Harrisona. Autor wymiguje się od opisywania stopniowego postępu, odkryciem przez ludzkość k-kultury wraz z jej k-techniką. Może wymigiwanie się jest złą nazwą zjawiska, bo wprowadzenie wątku k-techniki więcej ma w sobie z celu, niż ze środka do osiągnięcia tego celu. Powieść jest tak porywająca, opisy (nie koniecznie techniczne) tak surowe, a jednocześnie piękne i bogate, a postacie tak wyraziste, że nie musiałam poznawać dokładnego sposobu oddziaływania tanka na osobę się w nim znajdującą, aby sycić się realnością takiego rozrywkowo-użytkowego przedmiotu. Książka zadziałała na mnie tak silnie, że trudno mi pisać teraz logicznie o jej dobrych i złych stronach, bo złych po prostu nie widzę. Wiem natomiast, że czytając ją nie wpadłam na pomysł, że Trakt Kefahuchiego mógłby nie istnieć - przyjęłam za pewnik jego nieeksplorowaną przez ludzkość egzystencję gdzieś daleko, a po zakończeniu lektury ze smutkiem odnotowałam, że póki co nie odkryto czegoś takiego.

    Jeśli chodzi o moją rzadką przynależność do grupy pierwszej o roboczej nazwie “opis skomplikowanej reakcji chemicznej, dzięki której statek leci z nadświetlną, wywołuje u mnie erekcję”, to po prostu lubię czasem w trakcie czytania posiedzieć na wiki albo innych stronkach popularnonaukowych, które w prostych, sympatycznych słowach wzbogacają mnie o informacje dotyczące horyzontów zdarzeń, teorii strun i innych fizyczno-chemiczno-matematyczno-geologicznych nowinek, z którymi nie mam styczności w życiu codziennym.

    Zgadzam się więc z Twoim, Rafale, podsumowaniem, że fantastyka ma być przede wszystkim interesująca. Jak w każdej materii - trzeba znaleźć złoty środek.

    To, co tu nabazgrałam ma być wielką, gorącą, bezsprzeczną reklamą dla książki “Światło”. Harrison ewidentnie znalazł środek tak złoty, że lśni jak wspominany Trakt Kefahuchiego na niebie.

  42. hankes Says:

    To się rozpisałam o_O Skutkiem tego, nikt mnie nie przeczyta, nie zrozumie, ani tym bardziej nie poprze…

  43. Mateusz Says:

    @Ponury

    To może tak:
    a)są rzeczy, które się filozofom nie śniło
    b)jestem zdolny
    c)uczę się tylko do sprawdzianów większych
    A czy taki niski poziom? Nie sądzę, żeby w szkole prywatnej był jakiś niski poziom, a jesteśmy jedną z lepszych szkół w Szczecinie.

    @Dziebak

    Oczywiście jakaś różnica między gim a podstawówką jest, ale nieduża.

  44. y Says:

    Istotne jest też to, jak spędzamy wolny czas. Niektórzy wolą pograć sobie na komputerze, udać się na spotkanie z przyjaciółmi, obejrzeć mecz, a niektórzy - poczytać książkę, pograć w szachy/brydża, pouczyć się czegoś, co ich interesuje. To, według mnie, może wpływać na to, czy ktoś jest zdolny, czy nie.

  45. Dziebak Says:

    @hankes, jak się dobrze zastanowię, to również należę do grupy drugiej. Dla przyjemności czytam “Wiedzę i Życie”, lub ostatnio również “Świat Nauki” i w książce interesuje mnie to, żeby przy opisie znanych nam technologii, czy technologii przyszłości nie występowały błędy logiczne wynikające z niewiedzy autora. Jednakże traktuję książki jako ucztę dla wyobraźni, czyli czytam je po to, żeby się odprężyć i przenieść w ten inny, wykreowany przez autora świat. I męczy mnie fakt, że czasami si-fi z powieści zamienia się w traktat naukowy, który zamiast pobudzać wyobraźnię i zachwycać fabułą, nudzi zbędnym opisem szczegółów i szczególików. Jak powiedziałaś - si-fi “idealne” powinno szukać złotego środka, żeby nie pozostawiać dziur i nurtujących czytelnika niedopowiedzeń, ale także żeby nie zamienić się w publikację dotycząca danej technologii.
    Osobiście czytam również sporą ilość książek z etykietką “fantasy”. Znajduję tam to, co w książkach cenię najbardziej. Możliwość nieskończonego kreowania wciągającego świata, używając do tego własnej wyobraźni. Możliwość zastąpienia znanych i logicznych pewników innymi, niecodziennymi i oryginalnymi. Uczta dla wyobraźni, wyobraźni zdolnej kreować inne, ciekawe światy. No ale do tego oczywiście potrzeba talentu (którego niektórym ceniącym się pisarzom fantasy brakuje), dzięki któremu powstanie powieść tak wciągająca, żeby człowiek faktycznie mógł się w dany świat wciągnąć i zapomnieć o tych wszystkich ziemskich pewnikach, a jednocześnie żeby nie kuły go w oczy nielogiczności, absurdy, niedociągnięcia i dziury w przedstawionym uniwersum.

  46. Ponury Żniwiarz Says:

    hankes, w sumie to masz rację. Często tak bywa, że ktoś ma naprawdę marne świadectwo, ale maturę zgrabnie zdaną. Oceny i średnie w liceum mają naprawdę znikome znaczenie. Tak generalnie, to najlepszym rozwiązaniem jest wybrac sobie przedmioty zdawane na maturze i ich się uczyc, a resztę po prostu zaliczac.

  47. Mateusz Says:

    @y

    Nie, to nie znaczy, czy ktoś jest zdolny. Bycie zdolnym ma się wrodzone, tzw. “cecha pierwotna”, a bycie kujonem to druga sprawa ;p

    Ja czytam fantastykę i może nie nauczę się tam, np. jak zbudowany jest statek kosmiczny, ale za to nauczę się innych rzeczy, których w szkole nie poznam. Dodatkowo wolę poczytać gazetę(rano Metro, czasami Wprost, Politykę, GW) i oglądam 3 “dzienniki” codziennie.

    Co do matury to się nie wypowiem, bo nie mnie to teraz nie interesuje xD

  48. y Says:

    Skoro tak uważasz…

  49. Rafal Kosik Says:

    Hankes, pamiętałaś o CTRL+A, CTRL+C, CTRL+V? ;)

  50. Hankes Says:

    Tak. I dobrze, bo robot posądził mnie o matematyczny kretynizm ; P

  51. Wasa Says:

    Być może w wieku 14 lat jeszcze “nie znam życia” i później zmienię zdanie, ale jak razie uważam, że wszystkim można się zainteresować. Ja na przykład nie lubię historii, męczy mnie chemia, a na polskim umieram z nudów, co jednak nie przeszkadza mi czytać kilku książek miesięcznie, zamęczać tatę (chemika) pytaniami i dyskutować z mamą na temat drugiej wojny światowej. To przykłady, ale na prawdę ciekawi mnie bardzo wiele różnych rzeczy. Problem jest z znajdywaniem odpowiedzi na pytania, chociaż w erze telewizji i internetu wydawałoby się to dziwne. Przecież rodzice nie na wszystkim się znają, a z nauczycielami (przynajmniej z większością) nie potrafię się dogadać. W internecie i książkach takie informacje są zazwyczaj przedstawiane w sposób, którego mój mózg zupełnie nie trawi, a w telewizji programy naukowe pojawiają się raczej rzadko. Dlatego tak bardzo lubię książki, które są w stanie wyjaśnić mi niektóre aspekty naszego życia. Zwłaszcza, jeśli książka jest napisana z myślą o osobach w mniej więcej moim wieku. Tak właśnie jest w FNiN. Kiedy Felix tłumaczy Nice, co to jest pierwsza prędkość kosmiczna, to ja też mogę to zrozumieć. Opisy ciekawych wynalazków i zjawisk są dla mnie prawie równie pasjonujące, co przygody bohaterów. Te książki pokazują to, czego nie potrafi pokazać mi szkoła - praktyczne zastosowanie wiedzy. Niestety, niektóre rzeczy nadal są dla mnie niewyjaśnione i nie przypuszczam, by ktoś był w stanie mi je wyjaśnić. Np. uczenie się, co jest w zdaniu imiesłowem, co czasownikiem, a co przydawką. Czy to ma jakiś sens? Czy to jest do czegoś potrzebne? Pytałam już pani od polskiego, która uważa, że takie rzeczy warto wiedzieć, oraz rodziców, którzy nie wiedzą, po co my się tego uczymy. A może ktoś z was wie, jak praktycznie wykorzystać taką wiedzę?

  52. Gall anonim Says:

    Teraz kiedy przeczytałam kilka książek Lema(właściwie to dwie) rozumiem o co panu chodziło, elementy naukowe były opisywane tak szczegółowo, że musiałam je omijać, ponieważ jak czytałam jew to moja uwaga i tak odpływała i nic z tego nie miałam. Z fantastyki naukowej można dużo się dowiedzieć, ale niektóre rzeczy dla zwykłego człowieka są po prostu nużące.

  53. Rafal Kosik Says:

    @Wasa: Wiedza o tym, co to jest przydawka niej jest potrzebna w praktyce. Nawet nie pamiętam w tym momencie, co to dokładnie jest przydawka, a jednak potrafię ją zastosować. Większość wiedzy to intuicja i doświadczenie. Rzucając kamieniem do celu, nie rozpisujesz przecież równań, żeby obliczyć trajektorię lotu. Tym niemniej wiedza teoretyczna się przydaje, kiedy dochodzi do rozwiązania nietypowego problemu. A skoro wiem, że przydawka to część zdania, wiem też, gdzie w razie czego znaleźć pełną definicję. Najważniejsza jest umiejętność odszukania potrzebnej informacji. A żeby potrafić to zrobić, konieczne są jednak pewne podstawy.

    @Gall anonim: Lem jest ciężkostrawny dla kogoś, kto nie interesuje się techniką.

  54. Gall anonim Says:

    Tak, ale ogólnie to jego książki są bardzo ciekawe ;)

  55. Agnieszka Says:

    @nauka o częściach zdania:

    Wyobraź sobie taką sytuację: piszesz opowiadanie fantastyczne, które umieszczasz na jakimś forum, i komentujący zalewają cię informacjami w rodzaju “tekst cierpi na nadzaimkozę”, “popełniasz błędy w podmiotach domyślnych, co daje niezamierzenie śmieszny efekt czy “naucz się stosować imiesłów współczesny, bo żal patrzeć”, a ty nie rozumiesz, o co im chodzi…

  56. Rafal Kosik Says:

    Wikipedia to załatwia ;)

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).