Czarne Słońce

publikacja Science Fiction 18 (9/2002)

(fragment)

Science Fiction 18 (9/2002) - okładkaSpała kilka godzin. Zregenerowała siły, ale jak wstała i tak czuła się dziwnie, nie wiedząc, czy jest noc, czy dzień. Ponieważ nie miała nic do roboty poszła na spacer po swoim poziomie. Stwierdziła przy tym, że na inne poziomy nie ma wstępu. Zwiedziła basen, mini-zoo, fitness club, wjechała windą do sali 0.1G mieszczącej się tuż obok doków, przegrała w kasynie 11 dolarów i na koniec usiadła na ławeczce w kopule widokowej udającej zakątek londyńskiego parku. Siedziała tam z godzinę wpatrując się w błękitną planetę i głęboką próżnię poprzetykaną odległymi słońcami. Powtórzyła swoją zabawę z dzieciństwa polegającą na próbie wyobrażenia sobie końca Wszechświata, lub jego nieskończoności. Z uśmiechem stwierdziła, że jak zawsze nie udawało się. Widziała kilka spadających gwiazd rysujących atmosferę jak szybkie cięcia skalpela, ale już nie powtarzała swojego życzenia. Wiedziała co zwiastują te małe błyski.
Jakie było twoje życzenie, Lemoine?
Wspomniała też Joshua, ale szybko wyrzuciła tę myśl skutecznie. Nie chciała go więcej widzieć. Przeleciała swoje wspomnienia z ostatnich miesięcy. To nie były najlepsze miesiące włączając w to wczorajszy incydent przed lodziarnią. Ostatnio często wokół niej działy się dziwne, niebezpieczne rzeczy. Nazbierało się jej. Zawsze tak się robiło, jak długo nie miała faceta. Nagromadzona energia seksualna ściągała na nią nieszczęścia. Uśmiechnęła się. “Czy ktoś by zauważył, gdybym tutaj oddała się jakiemuś technikowi?– pomyślała z rozbawieniem.– Naprawdę powinnam znaleźć sobie kogoś… Oficer łącznikowy?”
Jakby na potwierdzenie tych obaw poczuła wyraźny wstrząs. Takie coś nie powinno się wydarzyć na stacji orbitalnej. Tu nie ma pociągów towarowych na rozjazdach, ani metra. Światło przygasło na chwilę i rozległ się alarm, krótkie szczeknięcia syreny. Na suficie zaczęły błyskać czerwone stroboskopy. Podłoga zatrzęsła się jeszcze raz. Dziewczyna poderwała się i pobiegła do głównego korytarza. Na podłodze, poprzez wykładzinę widać było świecące strzałki prowadzące do najbliższej grodzi dzielącej sektory. Teraz poczuła silniejszy wstrząs i głośny huk. Podmuch szarpnął ją i przewrócił na plecy. Odwróciła głowę i zobaczyła opadające fragmenty okładzin korytarza. Szare szczątki nagle poderwały się i z łomotem znikły w wyrwie znajdującej się w suficie. Poczuła wiatr we włosach i słaby ucisk w uszach. Wiedziała już co to znaczy – powłoka stacji została przebita przez obce ciało. Dziura nie była duża, ale skutecznie odsysała powietrze z wnętrza. Lemoine widziała smugi kondensacji pary wodnej tuż przy otworze i słyszała świst.
Przełknęła ślinę. Kolejne pyknięcia w uszach uświadomiły jej, że ma mało czasu, by dotrzeć do grodzi. Poderwała się i zaczęła biec. Poczuła zawroty głowy spowodowane spadkiem ciśnienia a przed oczami zatańczyły jej czarne kropki. Zobaczyła zamkniętą gródź. Zamknęła się pewnie automatycznie. Strach nie pozwolił się jej zatrzymać. Zgasło światło i korytarz utonął w półmroku awaryjnego oświetlenia akumulatorowego. Upadła niemal straciwszy przytomność.
“Przybądź mój rycerzu – pomyślała obietnicę jak zaklęcie – jeśli wyjdę z tego żywa to dam ci się przelecieć na pierwszej randce.”
Stroboskopy cały czas migały, a syrena szczekała. W pobliżu leżało kilku ludzi, ale Lemoine była zbyt słaba, by im pomóc. Zaczęła się czołgać w kierunku zamkniętej grodzi i wtedy stał się cud. U dołu grodzi pojawiło się światło. Gródź uniosła się o pół metra i znieruchomiała. W twarz dziewczyny uderzyła wichura, ale odzyskała nieco siły. ?amiąc paznokcie czepiała się wykładziny i wspinała do światła. Z tyłu był tylko wizg uciekającego w próżnię powietrza.
Pamiętaj swoją obietnicę, Lemoine…

Obudziła się leżąc w ambulatorium. Kilka palców miała zabandażowanych.
– Miała pani ogromne szczęście – powiedział lekarz pomagając jej usiąść.
– Nic mi nie jest?
– Jeśli nie liczyć zniszczonego manicure, nic. Tylko niech się pani oszczędza przez… kilka dni.
Kilka dni… Stanęła na miękkich nogach i stwierdziła, że się cała trzęsie.
– A co z innymi ludźmi? Tam było kilku ludzi.
Lekarz opuścił wzrok.
– Freedom! – zawołała wychodząc na korytarz wypełniony biegającymi ludźmi.
– Freedom, słucham?
– Co się stało?
– Proszę sprecyzować pytanie.
– Została przebita powłoka stacji, czy tak?
– Tak. Nastąpiła kolizja z czterema niezidentyfikowanymi obiektami. Każdy o masie nie przekraczającej 200 gram. Uszkodzone są sektory 1e, 2e, 2f i 3e. Dwa pierwsze rozhermetyzowane. 13 ofiar śmiertelnych, jednej rannej udzielono pomocy i zwolniono. Uszkodzenia zostaną usunięte w przeciągu maksymalnie sześciu godzin.
– Co się stało z grodzią łączącą sektory 1e i 1f?
– Gródź natychmiast zamknęła się automatycznie.
– Nie była potem otwierana?
– Nie. Gródź zostanie otwarta dopiero po usunięciu nieszczelności powłoki..
– Gdzie mogę znaleźć inżyniera Sodersona?
– Obecnie znajduje się w przepompowni w sektorze 1a.
– Dziękuję.
– Dziękuję, do usłyszenia.
Lemoine spojrzała na identyfikator, który piknął krótko. Freedom z własnej inicjatywy wskazywał jej drogę do Sodersona.
Znalazła go łatwo. Klepał coś zawzięcie w małą konsolę w pomieszczeniu, którego jedną ścianę stanowiła plątanina rur.
– Nie mam teraz czasu – powiedział, gdy tylko ją zobaczył.– Mieliśmy tu małą katastrofę.
– Wiem, byłam tam.
– Jak to: byłaś tam? – zerknął na nią nie przestając klawiszować.– Dostęp do miejsca katastrofy ma tylko odpowiedni personel.
– Ja tam byłam PODCZAS katastrofy.
Soderson zamarł z ręką nad klawiszami. Odwrócił się i spojrzał na nią, jak na ducha.
– W którym sektorze byłaś? – zapytał niepewnie.
– 1e; w kopule widokowej.
– Ale wyszłaś przed zderzeniem?
– Nie. Wyszłam, a raczej się wyczołgałam, po zderzeniu. Gródź się uchyliła, żeby mnie przepuścić.
Soderson złapał ją za ramiona.
– I ty żyjesz? To przecież niemożliwe! – krzyknął niemal.– Gródź zamyka się automatycznie, gdy następuje dehermetyzacja. Ona nie może się “uchylić”, żeby kogoś przepuścić. Freedom!
– Freedom, słucham?
– Jaki jest stan uszkodzonego sektora 1e?
– 1e niedostępny. Planowany czas usunięcia awarii i otwarcia grodzi – 3 godziny. Ludzie w odciętych pomieszczeniach są bezpieczni.
– Jaki jest stan grodzi 1e-f?
– Zamknięta.
– Czy była otwierana od czasu awarii.
– Nie.
– Gdzie przebywała podczas katastrofy Lemoine Pulaski?
– W sektorze 1f.
– Od jakiego czasu?
– Opuściła sektor 1e na dwie sekundy przed katastrofą.
– Wyświetl obraz z kamery przy śluzie.
Z monitora konsoli zniknęły cyferki i wykresy a pojawił się niemy obraz korytarza z kamery pod sufitem. Widać było przewężenie grodzi od strony sektora 1f. Pod kamerą przechodzili z rzadka jacyś ludzie. Gdy pojawiła się dziewczyna z blond włosami Lemoine rozpoznała siebie. Minęła przewężenie i wtedy obraz drgnął, a ona przewróciła się. Gródź zaczęła się zamykać.
– Dziękuję, Freedom.
– Dziękuję, do usłyszenia.
Inżynier spojrzał na nią wyczekująco.
– Wiem, co przeżyłam.– Lemoine oparła się o ścianę i dotknęła ręką czoła.– To się ostatnio zdarza zbyt często. Albo mam halucynacje, albo ktoś próbuje ze mnie zrobić idiotkę. Albo mnie zabić…
– Strzelając do ciebie z asteroidów?
– To był drugi raz w ciągu ostatnich dni.
– Prześpij się. – Soderson położył jej rękę na ramieniu.– Jak skończę z tym tutaj to do ciebie zajrzę.
– Nie wierzysz mi…
– Prawdę mówiąc – nie. Widziałaś film… Myślę, że jesteś przemęczona. Od kilkunastu dni jesteś pod najściślejszą ochroną rządu Stanów Zjednoczonych i nie tylko. Jak ktoś mógłby próbować cię zabić?

Lemoine leżała na łóżku w samej bieliźnie. Próbowała zasnąć, ale po kwadransie przewracania się z boku na bok stało się jasne, że nic z tego nie będzie.
– Freedom!
– Freedom, słucham? – tym razem głos był lepszej jakości, bo dochodził z interkomu.
– W przypadku rozhermetyzowania jednego sektora automatycznie zamykają się grodzie. Czy jest jakiś sposób, by je otworzyć przed usunięciem nieszczelności?
– Otworzą się same, po usunięciu nieszczelności.
– A przed?
– Otworzenie przegród przed usunięciem nieszczelności stanowiłoby poważne zagrożenie dla pozostałych sektorów.
– Ale czy można je otworzyć?
– Nie ma osoby uprawnionej do otworzenia grodzi przed usunięciem nieszczelności.
Lemoine zastanowiła się chwilę.
– A czy ty możesz to zrobić?
– Tak.
– W jakich przypadkach?
– Ta informacja jest zastrzeżona.
– Czy gdyby w uszkodzonym sektorze znajdował się prezydent USA to otworzyłbyś gródź?
– Tak.
Lemoine usiadła na łóżku.
– Dlaczego nie zgadzasz się na odpalenie rakiet w Czarne Słońce?
– Decyzję o odpaleniu ma podjąć Rada Dwunastu.
– Dlaczego?
– Ta informacja jest zastrzeżona.
– Jakie były poglądy twojego twórcy?
– Proszę sprecyzować pytanie.
– Co sądził o ludziach, o ludzkości? W skrócie.
– Ludzie albo są jedynie zwierzętami, które stworzyły skomplikowane struktury społeczne i wówczas powinni podlegać wszelkim czynnikom doboru naturalnego, łącznie z kataklizmami pochodzenia kosmicznego; albo wspólnie tworzą cywilizację i potrafią używać świadomości zbiorowej przy kształtowaniu swojej przyszłości.
– Co to znaczy?
– Proszę sprecyzować pytanie.
– Połącz mnie z Sodersonem.
– Wykonuję.
Po krótkim sygnale inżynier odebrał połączenie:
– Za pół godziny będę wolny i będziemy mogli się spotkać.
– To zajmie tylko chwilkę. Powiedz mi jakie były poglądy Ojca?
– Hmm… Nie będziesz nimi zachwycona. Były dosyć… kontrowersyjne. To skomplikowana sprawa. Nie znając jego historii…
– Powiedz w skrócie.
– Ok. Ojciec postulował np. wprowadzenie licencji prokreacyjnych i ograniczenia ingerencji medycyny w utrzymywanie przy życiu dzieci z wadami genetycznymi. Był za przywróceniem tradycyjnej roli kobiety i mężczyzny w życiu. Uważał nawet, że leczenie alergii jest błędem. Jak ci się to podoba?
– Czym uzasadniał te pomysły?
– Uważał, że nasza rasa się degeneruje. Zarówno biologicznie jak i społecznie. Twierdził, że wykluczyliśmy z naszego rozwoju dobór naturalny, że słabe i chore jednostki bez przeszkód przekazują swoje geny. Za kilka pokoleń przeciętny człowiek miałby nie móc przeżyć bez stałego dostępu do środków farmakologicznych i zaawansowanych technologii medycznych, co zresztą miało być na rękę wielkim koncernom… Po co ci te informacje?
– Jeśli mam być sumieniem projektu, to powinnam coś wiedzieć.
– No tak… wszelkie jego wypowiedzi zostały po śmierci ocenzurowane. A były one tak ostre, że potem zostały z nich tylko spójniki, kropki i przecinki. W podręcznikach szkolnych funkcjonuje jego wyidealizowany obraz…
– Dziękuję Nevill.
– Nie ma sprawy.
– Freedom?
– Freedom, słucham.
– Kto powołał do życia radę dwunastu?
– Ja.
– Czyj to był pomysł?
– Właściciela stacji.
– Ojca?
– Sub-programu, który reprezentuje jego wolę. Jest częścią programu głównego Freedom.
– Czy… Jak dobierałeś ludzi do rady?
– Wybierałem ich tak, by tworzyli model oddający ogólne tendencje społeczne.
– Tylko wśród żołnierzy?
– Nie. Miałem dostęp do wojskowych ankiet z testami osobowości i danych opieki społecznej. Pozostałych mogłbym wybierać wyłącznie drogą losową, więc przy tak małej grupie sposób ten był nie do przyjęcia.
– Co by się stało, gdyby któryś z członków rady nie mógł brać udziału w głosowaniu?
– Głosowanie by się nie odbyło.
– A czy rakiety zostały by odpalone mimo to?
– Nie.
Lemoine zrobiła pauzę.
– Muszą zatem istnieć… członkowie rezerwowi?
– Tak. Na każde miejsce wybrałem 3 osoby.
– A co ze stanowiskiem “sumienie”.
– Pozostali dwaj kandydaci nie żyją.
Dziewczyna poczuła gęsią skórkę.
– Czy i mnie próbowano… zabić?
– Na stacji nie.
– A poza stacją? Na Ziemi?
– Nie mam dostępu do takich informacji.
– Jeszcze jedno. Czy kabina, w której się znajduję to standardowa kabina?
– Nie, to kabina klasy VIP.
– Dziękuję, to wszystko.
– Dziękuję, do usłyszenia.
Lemoine znów położyła się na łóżku i zaczęła intensywnie myśleć.
“Albo mam przywidzenia, albo ktoś manipuluje moją rzeczywistością. Zakładając to drugie to na ziemi próbowano mnie zabić, jak pozostałych dwu kandydatów do rady. Ktoś więc na mnie poluje, a ktoś inny mnie chroni. Boże, mam nadzieję, że to dzisiaj to naprawdę był zwykły wypadek…”
Ze zdziwieniem stwierdziła, że teraz bardziej niż o możliwości własnej śmierci myślała o powodzeniu projektu. Dobre serce…
“Chroni mnie rząd, to jasne. Obudzili się z ręką w nocniku, gdy jedyną obroną przed Czarnym Słońcem jest Freedom, który im nie podlega. Komputer stacji wyznaczył trzy tuziny ludzi, a rząd musiał ich bezpiecznie dostarczyć na orbitę i czekać, aż ci zagłosują za odpaleniem rakiet. Nie, nie… Oni nigdy w życiu nie podeszliby do tego tak biernie…”
W głowie dziewczyny zaskakiwały kolejne elementy układanki i doznała olśnienia, jak ktoś kto godzinami wpatrywał się w namalowane na ścianie zygzaki i nagle odkrył, że jak zmruży oczy to widzi zupełnie czytelny obraz. Ci wszyscy ludzie których spotykała od kilku dni w drodze do pracy i z powrotem, a nawet w jej ulubionej kawiarni, byli podstawieni. Cały personel się tam zmienił. I te mamusie goniące zamachowca, i lodziarz i babcia strzelająca z karabinka… kierowca ambulansu… wszystko jak na filmie. Perfekcyjne do tego stopnia, iż uwierzyła, że to jej imaginacja. Chronili ją przemodelowując przy okazji całe jej otoczenie a ona nawet tego nie zauważyła.
Skontaktowała się z Sodersonem i kilka minut później siedzieli już przy kawie w kantynie.
– Sumienie musi być czyste – powiedziała podniecona. – To dlatego zostałam wybrana przez Freedom. Praktycznie nie mam nikogo bliskiego na Ziemi i podejmując decyzję nie będę o nikim konkretnym myślała.
Wyjaśniła inżynierowi dalszy przebieg swoich przemyśleń.
– Tylko po co ten cyrk? – zapytał, gdy skończyła.– Dlaczego po prostu nie przewieźli cię na Freedom od razu?
Ta celna uwaga zburzyła porządek jej rozumowania. Nie potrafiła na to nic odpowiedzieć.
– Celem Freedom była twoja bezstronność – ciągnął inżynier – ale rząd ma to w dupie. Oni chcą jedynie doprowadzić do odpalenia rakiet.
– Więc po co ten cyrk? – niepewnie powtórzyła jego pytanie.
– Nie wiem. Pewnie jacyś mądrzy psychologowie próbowali cię odpowiednio sformatować.
– To by się zgadzało – dziewczyna znów zaczynała wszystko rozumieć.– Pojawiło się wokół mnie kilku starych znajomych… Mathilda? Ona też… I faceci, dokładnie w moim typie. Kelnerzy w kawiarni, ten nowy przy biurku obok. Miałam się… zakochać?
Spojrzała na Sodersona, a on wzruszył ramionami.
– Dużo też pojawiło się matek z małymi dziećmi; jakiś wysyp szczęśliwych mamuś pchających wózki. I moja koleżanka niespodziewanie zaszła w ciążę… Czy nawet apteka sprzedająca pigułki antykoncepcyjne była w spisku? To prowadzi przecież do paranoi.
– Jeśli to prawda, to pewnie miałaś o tym wszystkim pamiętać podejmując decyzję.
– Boże… nawet w telewizji szły ciągle dołujące filmy o biednych dzieciach i żydowskich emigrantach. – Kręciła głową nie mogąc w to uwierzyć.– Co za skala… Ciekawe czy innym też zafundowali prywatną rzeczywistość?
– Stawka w tej grze jest poważna, choć może być i tak, że dopasowujesz fakty do teorii. Może tylko niektóre z twoich doświadczeń były spreparowane.
– Ale kto jest przeciwnikiem? Komu się może opłacać taka katastrofa?
Soderson znów wzruszył ramionami. Podłoga drgnęła delikatnie. Lemoine napięła mięśnie, ale uspokoiła się po kilku sekundach, gdy nie rozległ się alarm.
– Muszę się z kimś spotkać…

– Generał Chalker może z panią rozmawiać – powiedziała sekretarka i otworzyła przed nią drzwi.
Lemoine znów znalazła się w gabinecie zupełnie nie przystającym do reszty stacji. Panował tu półmrok. Dopiero po chwili jej oczy przywykły do ciemności. Zobaczyła generała siedzącego na jednym z bocznych foteli. Zasalutowała regulaminowo. Chalker wskazał jej fotel obok.
– Cóż mogę dla ciebie zrobić, dziecko?
– Chciałabym się dowiedzieć czegoś więcej – powiedziała siadając.
– Po co? Twoje zadanie to tylko oddanie głosu na “tak”.
– Ktoś kilka razy próbował mnie zabić w ostatnim czasie.
– Wszelkie próby zostały udaremnione. Byłaś bardzo dokładnie strzeżona,
– Mam wrażenie, że za dokładnie. Czy… to było konieczne? Cały ten… film?…
Generał wyciągnął z kieszeni cygaro, powoli ugniatał je w palcach, przyciął końcówkę i przypalił złotym Ronssonem. Zaciągnął się dymem i wydmuchnął pod sufit błękitną chmurkę. Cicho zaszumiał wymiennik powietrza.
– Jak myślisz – odezwał się w końcu – ile warte jest życie dwudziestoletniej kobiety o małej sile przebicia, nie potrafiącej ułożyć sobie życia osobistego, nie mającej nawet konkretnych planów na przyszłość? – Spojrzał na nią.– Dla bezpieczeństwa narodowego życie jednostki nie ma znaczenia. My musimy ochronić kilka miliardów ludzi, całą cywilizację przed zagładą. Uważasz, że to niemoralne, że się tobą posługujemy? Nie my ustalaliśmy reguły tej gry, ale musimy się do nich stosować. Za jakiś czas wrócisz do normalnego życia i wszystko to wyda ci się jedynie złym snem.
Dziewczyna opuściła głowę. Poczuła się trochę jak małe dziecko przyłapane na kradzieży cukierka.
– A co z pozostałymi kandydatami na “sumienie projektu”?
– Nastąpił przeciek. Jeśli chodzi o pierwszego – nasi wrogowie byli szybsi. Dotarli do niego na kilka godzin po tym, jak Freedom wypluł listę kandydatów. Drugi został zabity już podczas przygotowań do startu. Zostałaś tylko ty, więc postanowiliśmy wysłać cię nieco okrężną drogą wykorzystując sojuszników.
– Wrogowie? Kto to jest?
Generał wstał i położył silną i ciężką rękę na jej ramieniu.
– Mamy wielu wrogów. Zniszczenie Izraela nie zatrzymało islamskiej agresji. Nawet palestyńskie dzieci podczas pełni strzelają z procy do naszych satelitów – świecących kropek na niebie. Prób zamachów na sam Freedom było wiele. To przecież jest symbol jeszcze bardziej czytelny niż World Trade Center. Trzy samoloty usiłowały zerwać linę windy. Innych ataków od klasycznych poprzez elektroniczne aż po biologiczne było kilkadziesiąt.
– Ale kto zabił kandydatów? Teraz Freedom jest potrzebny wszystkim!
– Myślę, drogie dziecko, że dotykamy spraw, o których lepiej, żebyś nie wiedziała. Powiedz mi… czy nadal mogę być spokojny o twoją decyzję?

Znów siedziała na ławeczce w kopule widokowej. Po katastrofie nie został najmniejszy ślad. Bała się, choć wiedziała, że w każdym miejscu stacji zagrożenie jest podobne. Światła na korytarzu były teraz przyciemnione by udawać noc. Ziemia za oknem pogrążona była we śnie za wyjątkiem małego błękitnego rożka, który też wkrótce miał zasnąć.
“W co ty się wpakowałaś, Lemoine? – pomyślała.– Inne dziewczyny, by zarobić pierwsze pieniądze zostają kelnerkami, a tobie zamarzyła się armia. I co teraz zrobisz? Zagłosujesz na “tak”? To wydaje się oczywiste, ale musi być w tym jakiś haczyk. Chociaż z drugiej strony… może to po prostu prośba o potwierdzenie polecenia: czy na pewno chcecie odpalić kilka ładunków nuklearnych?”
Pamiętasz swoją obietnicę, Lemoine?

Głęboki fotel, jakby wycięty w czarnym matowym jajku i wyłożony wewnątrz skórzanymi poduchami. Nawet wygodny, ale niesamowicie ograniczający ruchy i widoczność. Ręce można było wysunąć z niego tylko do przodu. Pas biodrowy uniemożliwiał wychylenie się, nie mówiąc o opuszczeniu jajka.
“Cóż za metafora – pomyślała Lemoine.– To coś jakbym się miała narodzić na nowo.”
Siedziała przodem do ściany, ale słyszała obecność pozostałych delegatów, choć może właściwszym określeniem byłoby “wybrańców”. Przez westchnienia i oddechy słyszała przez chwilę jakiś gulgot, jakby psa. W okrągłej sali panował półmrok i na ten dźwięk dopełniający atmosfery przeszedł ją dreszcz.
Bez jakiegokolwiek dźwięku, czy szarpnięcia fotel zaczął się obracać. Najpierw kątem oka Lemoine zobaczyła tył identycznego fotela, który również się obracał. Trwało to kilka sekund, aż dwanaście jajek jednocześnie znieruchomiało tworząc krąg wokół czarnego, błyszczącego stołu. Wszyscy lustrowali wzrokiem pozostałych.
Potężnego Murzyna, który siedział na wprost, Lemoine pamiętała z wahadłowca. Wychyliła się z fotela by zobaczyć ludzi siedzących obok i stwierdziła, że nikogo więcej nie rozpoznaje.
– Dzień dobry… – mała wysuszona kobietka przerwała ciszę.
– No nie wiem, czy dobry – odparł grubas z lewej strony. Pocił się.
– Próbowałam być miła…
Nad nimi znajdowała się kopuła okna ukazująca dwie szprychy koła stacji i doki. Po jednej stronie widok wypełniała przestrzeń. Drugą w większość zajmowała Ziemia. Przed każdym wybrańcem ze stołu wystawał niewielki panel z dwoma przyciskami: zielonym “Launch” i czerwonym “Abort”. Jarzyły się ledwo.
– I co? Żadnej instrukcji obsługi? – zapytał grubas.
Przyciski pojaśniały i rozległ się cichy gong. Głosowanie się rozpoczęło. Timer zaczął odliczanie od dziesięciu minut.
– OK – powiedział grubas ocierając rękawem czoło.– Wciśnijmy po prostu zielone guziki i miejmy to za sobą.
Jednak ani on, ani nikt inny nie wyciągnął ręki.
– W tym jest jakiś… no nie wiem…– zaczął szczupły przystojniak z godziny jedenastej. Lemoine dla ułatwienia nazwała ludzi tak, jakby znajdowali się na tarczy zegara. Ona sama siedziała na szóstej.
– Co: jakiś? – zapytał grubas z dziewiątej.
– No… za proste to jest.
– A jakie ma być?! Dobrze że jest proste! Nie pomylimy się.
– On może mieć rację – powiedział basem Murzyn z dwunastej.– Zadali sobie mnóstwo trudu, by nas tu ściągnąć, a teraz mamy tylko nacisnąć guziki?
– Co mielibyśmy jeszcze zrobić, by to nie było za proste? – zapytała wysuszona kobietka z drugiej.
– Zagrać w kręgle na punkty o los Ziemi. – Grubas zaczął chichotać, ale nikogo więcej to nie rozbawiło.
Murzyn poczekał, aż tamten się wyśmieje i zaczął:
– Wiecie doskonale…
Przerwał w pół zdania. Wszyscy powiedli za jego wzrokiem. Na godzinie ósmej siedziała dziewczyna z zespołem Downa. Lemoine wcześniej patrząc na nią przelotnie myślała, że to po prostu koszmarnie brzydka nastolatka w grubych szkłach. Poczuła złość na tych wszystkich ludzi, bo nie powinni się jej przyglądać jak groźnemu wybrykowi natury. Po chwili jednak stwierdziła ze zdziwieniem, że czuje to samo. Można udawać, że niedorozwinięty sprzedawca w sklepie nie jest problemem, ale tu… To okrutna ironia nieżyjącego Ojca stacji. Jeśli oficjalnie, zgodnie z polityczną poprawnością twierdzicie, że opóźnieni umysłowo są tacy sami jak wy to teraz to sobie zweryfikujcie na własnej skórze.
– Nie patrzcie na mnie… Nie jestem nienormalna.
– Przecież… – gruby chciał powiedzieć, że przecież jest nienormalna, ale się powstrzymał.
– Bo… wcisnę czerwony.
– Zaczekajmy z tym – Murzyn przyjął autorytarny ton unosząc dłonie w geście uspokojenia.– Porozmawiajmy. Czy ktoś wie, po co w ogóle istnieje nasza rada?
– Oni wybrali cel – my naciskamy spust – odezwał się milczący dotychczas mały facet z czwartej. Wyglądał, jak podrzędny księgowy.– Rada dwunastu ma być zabezpieczeniem przed odpaleniem ładunków w Ziemię.
Dopiero po kilkunastu sekundach ktoś z boku nieśmiało zapytał:
– A skąd wiemy, że właśnie nie odpalamy ładunków w stronę Ziemi? Przecież nie wiadomo, gdzie jest góra i wyrzutnie?
Znów kilka sekund ciszy.
– Możemy zapytać Freedom.
– A jak ktoś go odłączył i udaje…?
– Jak?
– A jak nas podsłuchują?
– Na pewno nas podsłuchują.
Dłuższa chwila ciszy.
– To co robimy?
Timer pokazywał cztery minuty, czterdzieści pięć sekund.
– Freedom?
Cisza.
– Więc tu nie możemy z nim rozmawiać – powiedział Murzyn.– Jesteśmy zdani na siebie. Pytanie brzmi: co możemy stracić a co zyskać wciskając zielony guzik.
– Możemy nieświadomie odpalić ładunki w Ziemię – odpalił przystojniak z jedenastej.
– Teraz to już chyba świadomie – zauważył grubas.– Wciskajmy te zielone, bo wojna nuklearna to i tak mniejsza strata niż walnięcie meteorytu. Nad czym tu myśleć?
– A ty skąd wiesz?! – krzyknęła młoda kobieta z godziny jedenastej.– Może o to im chodzi? Żebyśmy tak myśleli…
Dziewczyna z Downem znów zagulgotała przyprawiając Lemoine o kolejny dreszcz. Uczucie litości jednak powoli brało górę nad strachem o jej decyzję.
– Przepraszam – odezwała się Lemoine.– Wydaje mi się, że to nieistotne.– Wszystkie oczy zwróciły się na nią, co ją trochę speszyło.– Oni mają tyle rakiet, że nie muszą się posługiwać tą stacją, by rozpocząć wojnę. Sytuacja od czasu śmierci Ojca znacznie się zmieniła.
Murzyn rozejrzał się po wszystkich i zwrócił się do księgowego z czwartej:
– Pan chyba coś wie?
– Owszem – mały facecik uśmiechnął się krzywo.– Pracowałem początkowo przy powstawaniu tego projektu. Podstawową sprawą o której powinniście wiedzieć jest to, że wiele milionów małych, rozproszonych odłamków zniszczonego Czarnego Słońca omiecie Ziemię robiąc tam, na dole niezłe fajerwerki przez kilka dni.
– Tego się spodziewamy.
– Zapewne kilka z nich doleci do powierzchni nie czyniąc jednak poważnych szkód, ale reszta, czyli niemal wszystkie, spalą się w atmosferze.
– To mała cena za przetrwanie. Do czego pan zmierza?
– Freedom nie ma atmosfery.
Timer pokazywał dwie minuty i trzydzieści dziewięć sekund.
– Znaczy się – szepnął zbladły przystojniak – że jak wciśniemy zielony, to po nas?
– Przecież ktoś nas chyba zabierze na Ziemię… – jęknął łysawy urzędnik z pierwszej.
Mały księgowy spojrzał na niego jakby usłyszał małe dziecko i paskudnie się uśmiechnął.
Przystojniak wyciągnął rękę, ale Murzyn szybkim ruchem złapał go za nadgarstek. Przystojniak skrzywił się z bólu i wyciągnął do przodu prawą rękę. Murzyn zacisnął dłoń i dało się słyszeć ciche pyknięcie. Tamten krzyknął i cofnął drugą dłoń, ale Murzyn go nie puszczał.
– Wciśnij czerwony, to złamię ci rękę.
Lemoine spojrzała na nich przerażona. Nie odezwała się jednak. Nabrała nagle irracjonalnej obawy, że sama niechcący pod wpływem stresu wciśnie czerwony przycisk. Zrobiło się jej sucho w ustach, choć starała się zniszczenie Freedom deszczem odłamków traktować jak odległą i nieprawdopodobną fikcję. Czuła, że musi to wytrzymać jeszcze chwilę.
– Jest jeszcze coś – wysyczał ze złośliwą satysfakcją księgowy.– Nasza decyzja musi być jednomyślna. Wystarczy, że zapali się jedno czerwone światło i rakiety zostaną w wyrzutniach.
Przystojniak gwałtownie oddychając ściskał zdrową ręką lewe ramie.
– Jesień, jesień, pożar! Corrida! Krew, czerwone! – krzyknął w kierunku dziewczyny z Downem, ale znów skrzywił się w bólu.
– Wyobraź sobie trawę! – rzuciła natychmiast Lemoine.– Wiosna, łąka na wiosnę. Zielona trawka. Młode liście…
Dziewczyna z ósmej wyciągnęła rękę. Wszyscy zamarli, a ona, jak gdyby wołała windę wcisnęła guzik. Jej twarz oświetlił zielony blask. Lemoine odetchnęła i powoli wyciągnęła rękę. Przeanalizowała wszystkie możliwe pomyłki, jakie tylko mogły nastąpić przy tej prostej czynności, i nacisnęła zielony przycisk.
Minuta i dwie sekundy.
Kolejne twarze jaśniały na zielono.
– Boję się – krzyknął przystojniak płacząc.
– Śmierć to nic – powiedział powoli Murzyn.– Jeśli wciśniesz czerwony, to i tak zginiesz, ale przedtem osobiście złamię ci po kolei wszystkie paluszki.
– Ale to straszna śmierć! Próżnia…
– Wcale nie! – krzyknął grubas.– Męczysz się tylko kilka sekund, a potem zasypiasz! Gdy krew rozerwie ci skórę…
Zamknął się pod piorunującym spojrzeniem Murzyna i połowy sali.
– O boże!… – przystojniak zaczął szlochać.– Dlaczego tu nie ma żółtego guzika…
Lemoine czuła litość pomieszaną z niesmakiem dla tego mięczaka, ale mimo to miała chęć złapać go za jaja i zaciskać palce, aż tamten zacznie myśleć na zielono.
Ciche chrupnięcie i krzyk przystojniaka.
– Wciskaj zielony! – warknął Murzyn.
Lemoine chciała zaprotestować, ale zakładnik natychmiast posłusznie walnął zdrową dłonią w zielony przycisk i rozpłakał się na dobre. Murzyn odrzucił z obrzydzeniem lewą rękę przystojniaka i sam też wcisnął zielony.
– Freedom jest również pomyślany, jako arka przetrwania, backup homo sapiens niezależny od dostaw z dołu – powiedział księgowy.– Możemy tu przeczekać rok i powrócić na Ziemię. Wahania grawitacji będą niewielkie i silniki korekcyjne sobie z nimi poradzą. Oczywiście to wszystko pod warunkiem, że przynajmniej jedno z nas naciśnie czerwony guzik. Wtedy Czarne Słońce przeleci bokiem w jednym kawałku.
Dziewczyna z dziesiątej zawahała się. Murzyn zauważył to i powiedział:
– Myślisz, że pozwolą nam żyć, jak stchórzymy?
– Na szczęście nie dosięgniesz do mojej ręki – powiedziała z przekąsem dziewczyna, ale po chwili wahania wcisnęła zielony. Zapadła w fotel.
Zielone guziki wciskali kolejno: łysawy urzędnik z pierwszej; dobrze zbudowany, acz nie wyglądający na rozgarniętego młody żołnierz z trzeciej; podtatusiały facet koło czterdziestki z godziny piątej i czarnowłowłosa milcząca dziewczyna z siódmej.
Wszyscy patrzyli na małego księgowego, a on trząsł się od powstrzymywanego chichotu.
– Jakże nisko upadł ten gatunek – dodał – skoro prawie dziesięć minut zastanawiamy się, czy warto nas ratować. Myśleliście kiedyś o tym, że być może inteligencja i świadomość to kosmiczny nowotwór?
Odchylił głowę do tyłu i zaczął ryczeć dzikim śmiechem waląc się otwartą dłonią w udo. Murzyn miał chęć zadusić go samym spojrzeniem.
Timer pokazywał pięć sekund, gdy księgowy przestał się śmiać. Wyciągnął rękę patrząc na wszystkich z niewinnym uśmieszkiem, jak dziecko drażniące się z rodzicami.
– Lubię tę odrobinkę adrenaliny w starych żyłach… – powiedział kręcąc palcem nad przyciskami.


Udostepnij
Glodne Slonce

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).