Cienka żółta linia

Za punkt wyjścia do tego felietonu niech posłuży niedawna przygoda na parkingu podziemnym w Brukseli. Parking na pięćdziesiąt-siedemdziesiąt samochodów z jednym, długim na trzydzieści metrów wyjazdem/wyjazdem zakończonym na górze placykiem i szlabanem. Wyjeżdżam z tego parkingu i już na dole podjazdu widzę, że na górze przy szlabanie zatrzymuje się Toyota Yaris. Podjeżdżam szybciej, żeby ktoś nie musiał czekać i żebyśmy się minęli wygodnie na górze, gdzie jest szeroko. Niestety, gdy jestem już w dwóch trzecich, szlaban się otwiera i Toyota wjeżdża. Prowadząca ją dziewczyna jedzie centralnie środkiem zjazdu, a ja już bliżej ściany podjechać nie mogę. W efekcie klinujemy się kilka metrów od szlabanu.

Dziewczyna najwyraźniej nie obsługuje wstecznego biegu, co się czasem zdarza, natomiast nie mogę zrozumieć, czemu nie zjedzie na prawo. Nie chce mi się cofać w dół przez te trzydzieści metrów, więc próbuję negocjować, żeby jednak zjechała, skoro ma ponad metr miejsca po prawej. Ona na to, że tu nie ma gdzie zjechać i że mam jej ustąpić pierwszeństwa. Właściwie można by tę całą sytuację sprowadzić do stwierdzenia, że nie każdy został stworzony do prowadzenia pojazdów mechanicznych, ale w tym wypadku chodzi o coś więcej. I to coś więcej odkrywam, gdy ze złożonymi lusterkami przeciskam się obok Toyoty na grubość lakieru – po jej prawej stronie na ziemi narysowana jest cienka żółta linia wydzielająca ciąg pieszy. Pieszych wprawdzie nie ma, ale żółtej linii przekraczać nie wolno.

Z polskiego punktu widzenia takie postępowanie wydaje się dziwne do tego stopnia, że nieodróżnialne od głupoty albo złośliwości. Z drugiej strony istnieje całkiem trafne spostrzeżenie, że dla ludzi wystarczy linia, dla bydła trzeba budować mur. Ani jedno, ani drugie podejście nie jest dobre, jak zresztą bywa zwykle ze skrajnościami. Polacy wciąż traktują prawo jako rodzaj systemu opresji, jaki wobec nich stosuje państwo. Tak, wiem, sto lat zaborów i czterdzieści socjalizmu zniszczyło postawy obywatelskie i poszanowanie dla prawa, bo to prawo rzeczywiście było opresyjne. Po części zresztą jest tak nadal, bo zmiany w mentalności i systemie trwają przez pokolenia.

Amerykanie mają do prawa wiele szacunku, ale też i tamtejsze prawo zostawia ludziom wiele samodzielności. Próba wprowadzenia zasad obowiązujących w Europie skończyłaby się powstaniem narodowym i obaleniem rządu. Tymczasem w Europie widać milczące przyzwolenie do dalszego i bardziej precyzyjnego regulowania każdego aspektu życia. Jeśli pojawi się prawo nakazujące Duńczykowi każdego dnia o 15:30 wstrzymanie oddechu na pół minuty i mruganie lewym okiem, to Duńczyk będzie wstrzymywał oddech i mrugał. Polak w podobnej sytuacji zignoruje przepis. Amerykanin za to będzie dążył do zmiany prawa.

Można ludzi zastraszyć, stosując niewspółmiernie wysokie kary za banalne przewinienia lub wręcz pomyłki, co w dłuższej perspektywie do niczego dobrego nie prowadzi. Lepiej przekonać ludzi, żeby dobrowolnie przestrzegali prawa z poczucia moralnego obowiązku. Tego jednak nie da się zrobić, jeśli prawo będzie niesprawiedliwe i nieżyciowe.

Znacznie ciekawszym tematem do rozważań jest jednak cyberprzestrzeń, w której wciąż zwiększa się nasza aktywność. Literatura SF pełna jest opisów systemów prawnych regulujących funkcjonowanie ludzi i postludzi w świecie, który dziś nazywamy wirtualnym. Poczynając od Gamedeca, zahaczając o Accelerando, a kończąc na Perfekcyjnej niedoskonałości, możemy poczytać o mniej lub bardziej optymistycznych modelach prawnych.

Jestem tutaj pesymistą. Powiedzieć, że prawo w obecnej postaci nie nadąża za szybkością przemian cywilizacyjnych, to jakby apelować o modyfikację testów na kartę woźnicy, by dało się je stosować dla pilotów odrzutowców pasażerskich. Nie ma nawet jasnego rozstrzygnięcia, czy publikacja w serwisie internetowym to rzeczywiście publikacja, czy emisja ciągła; czy radosna twórczość nastoletnich blogerów podlega prawu prasowemu; a nawet, czy wypowiedź na prywatnym profilu facebookowym jest wypowiedzią publiczną. Cóż dopiero mówić o regulacjach bardziej szczegółowych.

Nie da się ukryć, że istnieją ważne obszary naszego życia wyjęte praktycznie spod prawa. Jak organy ścigania reagują na zorganizowany hejt? Jakie prawo obowiązuje w uniwersum Facebooka? Prawo kraju, w którym zarejestrowana jest firma? Prawo kraju, w którym stoi dana serwerownia? Czy może prawo kraju konkretnego użytkownika? Jedynym naprawdę obowiązującym tam prawem jest regulamin Facebooka, czyli prawo napisane przez korporację.

Jak człowiek skończy czterdzieści lat, to nie ma już złudzeń, że sprawiedliwość to byt tak samo realny jak Święty Mikołaj. Niemniej jakichś tam pozorów ten człowiek nadal oczekuje. Przepraszam, że zacytuję sam siebie z roku 2003, gdy pisałem, jak wyobrażam sobie Polskę w roku 2060:

Felix spojrzał pod nogi, na płytkę chodnikową, pokrytą drobnym wzorkiem, potem na następną płytę. Zamrugał, schylił się, wreszcie uklęknął i przeczytał napis drobnym maczkiem: „Płyta chodnikowa zgodna z normami europejskimi. Wchodząc na tę płytę, jednocześnie wyrażasz zgodę na to, że możesz się potknąć”.

Któż by przypuszczał, że wystarczy dziesięć lat, by ta wizja się sprawdziła? Wprawdzie nie w przypadku płyt chodnikowych, ale internetu. Mówię teraz o wkurzającym okienku informującym, że serwis używa plików cookies, że zbiera o nas informacje i tak dalej. To jest dowód na odklejenie naszego prawa od zmieniającej się rzeczywistości, ale też i samowzbudność systemu prawnego, który musi uzasadnić swój wzrost. Przecież od lat wszystkie serwisy używają cookies. Nawet jeśli ktoś tego nie wiedział, to informacja o tym niczego nie zmieni – to kolejne okienko, które zamykamy odruchowo, podobnie jak wkurzające reklamy. Jedynym efektem działania maszyny prawniczej było zmuszenie tysięcy informatyków do wklejenia kilku linijek kodu i zmuszenie milionów internautów do kolejnych bezrozumnych kliknięć.

Tymczasem sprawa jest bardzo prosta: korzystając z internetu w jakikolwiek sposób, automatycznie decydujemy się na to, że będziemy śledzeni, a informacje o nas będą gromadzone i przetwarzane. Niestety czekają nas czasy totalnej inwigilacji i jawności wszystkiego, być może nawet myśli. Niespecjalnie widać szansę, by stało się inaczej.

Znam ludzi, którzy ściągają nielegalnie filmy, wcale nie z chęci oszczędności, tylko dlatego, że szlag ich trafia, gdy na legalnej płycie, zanim obejrzą film, muszą przebrnąć przez te wszystkie czołówki, reklamy, groźby i pouczenia, a wszystkie nieprzewijalne, a korzystając z legalnych serwisów (na razie nie w Polsce) muszą zwierzyć się nawet z tego, co jedzą na śniadanie. Walutą, którą wkrótce będziemy płacić, będą fragmenty naszej prywatności. Prawo będzie próbowało z tym walczyć, ale w końcu konieczne okaże się zaakceptowanie stanu faktycznego.

Kuba Małecki napisał kiedyś opowiadanie o pracowniku działu kredytowego pewnego banku, który dopisał do wzoru umowy paragraf o sprzedaży duszy. Żaden z klientów tego nie zauważył, bo nikt przecież tych umów nie czyta, a nawet jeśli próbuje przeczytać, to ich nie rozumie. Ja zawsze czytam podsunięte mi umowy, czym wzbudzam zdziwienie podsuwającego. Część ludzi nawet się obraża, bo skoro czytam, to pewnie im nie ufam (jeśli tak, to znaczy, że oni nie ufają mi, skoro potrzebują umowy). Jednak umowy dla kluczowych usług, jak np. zakup telefonu komórkowego czy łącza internetowego nie są nawet negocjowalne. Można je tylko podpisać lub nie. Niby nikt nikogo do niczego nie zmusza, ale przecież bez komórki i internetu nie da się funkcjonować we współczesnym świecie. Kto ma więc troszczyć się o to, by człowiek nie sprzedał swojej duszy, skoro działy prawne korporacji są lepsze od swoich odpowiedników w strukturach państwa?

Być może już wkrótce jednym z większych testów na człowieczeństwo będzie umiejętność przekraczania tej cienkiej żółtej linii.


Udostepnij
Glodne Slonce

5 Responses to “Cienka żółta linia”

  1. Misiek Says:

    Pamietam fragment FNiN-a, gdzie bohaterowie musieli zmagać się z setkami okienek pop-up. Wtedy nie sądziłem jeszcze, że pierwsze z nich będzie wprowadzone przez organ publiczny.

  2. wisznu Says:

    Ten tekst poruszył we mnie jakąś czułą strunę, może cos konkretnego mi się wykrystalizuje, to dopiszę jeszcze. A żeby mi nie zaginęło, to dopisuję co mi się z tym skojarzyło:

    “Z drugiej strony istnieje całkiem trafne spostrzeżenie, że dla ludzi wystarczy linia, dla bydła trzeba budować mur.”

    To mi przypomina przysłowie, że “prawo jest jak ogrodzenie - lis przeskoczy, wąż się prześlizgnie, a przynajmniej bydło się nie rozłazi” ;)

    A z drugiej strony historia z żółtą linią przypomina mi “Polowanie na wilki” Wysockiego (pierwowzór obławy Kaczmarskiego - pisanej bez znajomości realiów polowania na wilki, ale to już zupełnie inna historia):
    “Żadnych szans nam myśliwi nie dają,
    Nieuczciwa nie peszy ich gra:
    Chorągiewki czerwone wieszają,
    Już od wieków zabawa ta trwa.

    Wilk nie może przekroczyć granicy,
    Bo czerwonych obawia się szmat,
    Razem z mlekiem matczynym wilczycy
    Mu na wieki wpojono ten strach.”
    http://www.tekstowo.pl/piosenka,wlodzimierz_wysocki,_1054_1093_1086_1090_1072___1085_1072___1074_1086_1083_1082_1086_1074_.html

  3. wisznu Says:

    dopisać chciałem 2 sprawy - skojarzyły mi się jednocześnie z tym tekstem:

    - malo kto się odważy złamać prawo, nawet jeśli to będzie tylko przekroczenie linii, mając świadomość permanentnej inwigilacji. Przecież teraz kamery są wszędzie.

    - “Któż by przypuszczał, że wystarczy dziesięć lat, by ta wizja się sprawdziła?”

    No coż mam wrażenie, ze poza Orwellem, który w “Roku 1984″ wizję świata z permanentną inwigilacją przedstawił w przyszłości bliższej niż wystąpiła, to wszyscy inni twórcy antyutopii opisując daleką przyszłość opisywali w sumie bardzo bliską, nawet rozrywki ludzi z przyszłości z filmu “Idiokracja” są bardzo zbliżone do oferty współczesnej telewizji.
    I przypomnieć chciałem tu Pańskie opowiadanie “Nowi ludzie”. Ostatnio przeczytałem i zwróciłem uwagę na pewien szczegół: słowo “Ministra” użyte jako nazwa stanowiska pani minister. Przecież to się już niedawno stało. :)

  4. Rafal Kosik Says:

    Słowa „ministra” użyłem jednak prześmiewczo. W chwili obecnej wydaje się, że ten potworek się nie przyjmie.

  5. wisznu Says:

    Domyśliłem się, że przesmiewczo, a jednak “słowo stało się ciałem”. ;)

    Czasem się zastanawiam, czy takie antyutopie nie stanowią dla władzy inspiracji zamiast ostrzeżenia.
    A to kojarzy mi się to z filmem “Trzy dni Kondora” oraz “Noteką 2015″ Lewandowskiego :)

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).