Cenzurowanie słownika

Jak politycznie poprawnie nazwać Afroamerykanina, który od urodzenia mieszka w Paryżu? Przecież ani to Amerykanin, ani z Afryki. Nazwiesz go Murzynem – rasizm, czarnym – tym bardziej. Z braku odpowiedniego słowa musisz go nazwać… Francuzem. I będzie to prawda, ale przecież nie to chciałeś powiedzieć. Ze słownika zniknęło kilka słów na określenie „Francuza, którego przodkowie prawdopodobnie nie urodzili się w Europie”, a w miejsce tej luki nie pojawiło się nic nowego. I nie stało się to przypadkiem.

Przez dziesięciolecia fikcja wykreowana dawno temu przez Orwella doskonale oddawała rzeczywistość państw komunistycznych. Wydawało się, że wraz z upadkiem totalitaryzmu, cały ten ścisły nadzór nad obywatelami, a dokładniej jeden z jej elementów – nowomowa, przestanie istnieć. Nie, nie przestała. I ma się doskonale. Władza ludowa nigdy nie miała społecznego mandatu na rządzenie krajem, a PRL przez całą swoją historię istniał w kontrze do obywateli. Konieczny był więc aparat ucisku, bez którego ustrój zostałby obalony w kilka lat, jeśli nie szybciej. Okazało się jednak, że komuniści nie byli zbyt dobrymi inżynierami umysłów. Oficjalne słownictwo używane przez reżim brzmiało sztucznie, nie zostało przyjęte przez intelektualistów, przegrało nawet z językiem ulicy. Obecna forma nowomowy jest bardziej przemyślana.

Istnieje nowomowa marketingowa, w ramach której w najlepsze funkcjonują określenia takie jak „prezent” w odniesieniu do czegoś, co trzeba kupić, nowomowa urzędowa („pociąg doznał opóźnienia”) czy prawna („zamiar ewentualny”). Takie słowa i całe zwroty w naturalny sposób często przepływają do języka potocznego. W języku polskim, tak jak i w innych, od pewnego czasu zachodzą jednak zmiany, których na pewno nie można nazwać naturalnymi, a które mocą urzędową i mocą narzuconego obyczaju stają się obowiązkowe.

Potoczny słownik jest cenzurowany poprzez usuwanie niepoprawnych słów, lecz również poprzez dodawanie słów, które niczym zaklęcia powołują do istnienia nowe byty. I tak nagle znikąd pojawiło się w Polsce kilka milionów metroseksualnych. Inżynierowie słowa próbują zrównać adorację z molestowaniem, a dżentelmenów przemianować w szowinistów. Nazwanie tej samej rzeczy innym słowem zmienia nastawienie do owej rzeczy, choć sama rzecz pozostała niezmieniona.

Zmiany w języku częściowo są wprowadzane z urzędu, a częściowo są wynikiem działań środowisk traktujących język jako narzędzie do zaklinania rzeczywistości. Równolegle odbywa się fałszowanie znaczeń słów istniejących i rozszerzanie ich znaczeń na nowe obszary. Patriotyzm kojarzył się dobrze, faszyzm źle. Do boju wkroczyli inżynierowie umysłów wraz ze swoimi tubami medialnymi i po dwóch latach dla sporej liczby ludzi oba te słowa z niemal przeciwstawnych stały się bliskoznacznymi.

Wprowadzanie chaosu i sprzeczności do języka również służy manipulacji ludźmi. Wyznawcy ideologii gender twierdzą, że ideologia gender nie istnieje, bo gender to nauka. Przeciętny człowiek już nie odróżni jednego od drugiego. To działa, bo jeśli wypowiadasz się przeciwko wprowadzanej w życie ideologii, to w odpowiedzi słyszysz, że negujesz „naukę”. Tymczasem jedno ma się do drugiego, jak myśliwy polujący na kaczki do ornitologa.

Podobny mechanizm widać w działaniach marketingowych producentów opatrujących swoje produkty przydomkiem „ekologiczny”. Ekologia to nauka o funkcjonowaniu przyrody. Co więc może mieć wspólnego z nowym modelem silnika spalinowego? Tyle samo, co określenie „sportowy” w odniesieniu do fotela biurowego. Jeśli jednak chcesz być postrzegany jako myślący „eko”, powinieneś wyłączyć myślenie i kupić samochód „ekologiczny”. Na tej samej zasadzie działa dodanie słowa „dietetyczny” na opakowaniu słodkich płatków śniadaniowych, albo „profesjonalny” do opisu wiertarki za trzydzieści złotych.

Słownik zmienia się w sposób naturalny i to bardzo szybko. Kilka lat temu na „brak zasięgu” lub „brak sieci” w telefonie komórkowym powszechnie mówiło się „brak pola”. Dziś mało kto tak powie. To naturalna zmiana zależna zapewne od delikatnych przepychanek między memami. A skoro zmiany zależą od delikatnych sił, wystarczy wiedzieć, gdzie wykonać małą manipulację, by uzyskać duży efekt.

Ciekawym przypadkiem są męskie końcówki czasowników i rzeczowników. W komunikatach przestrzeni publicznej podstawową formą językową jest forma męska i to wielu (wiele) boli. Zmiana formy męskiej na „neutralną” w języku polskim zwykle jest niemożliwa. W przypadku prostego komunikatu można użyć formy bezosobowej „Zabrania się gry w piłkę przed blokiem” czy „Proszę gasić światło”, lecz w przypadku bardziej złożonego przekazu, np. „Jeżeli przez ostatnie dwa lata otrzymywałeś dochody…” to robi się trudniej. Przecież nie można napisać po prostu „otrzymywałeś/aś”, bo czytanie takiego tekstu jest mocno utrudnione. Będzie jeszcze bardziej, jeśli trzeba będzie pisać „otrzymywałeś/aś/oś”. No i zaraz wypłynie problem, dlaczego „oś” jest na końcu.

Słowo „ministra” w miejsce „pani minister” wciąż śmieszy, ale może się przyjąć, jeśli pozbawi się „ministrę” podtekstu humorystycznego. „Stomatolożka” brzmiąca teraz jak „niepełnoletnia pani stomatolog” też może się przyjąć, bo jest poprawna językowo. Pół biedy, jeśli te hodowane GMO-słowa brzmią naturalnie, gorzej z potworkami w stylu „kierowczyni” czy „premiera” (nie kinowa, tylko pani premier).

Pięknym przykładem fałszowania, a właściwie zawłaszczania znaczenia jest słowo „tolerancja”. Obecnie ludzie określający się mianem tolerancyjnych, wykazują tolerancję wyłącznie wobec własnych poglądów. Dziś, mówiąc o człowieku tolerancyjnym, zwykle mamy na myśli lewicowego liberała, a nie kogoś, kto jest tolerancyjny w znaczeniu słownikowym, czyli traktuje tolerancyjnie ludzi o innych poglądach.

Zmiany w języku mogą więc następować naturalnie, a mogą być wymuszane sztucznie. Niestety w tym drugim przypadku często przypomina to operację bez znieczulenia. Do czego doprowadzi rzeźnickie grzebanie przy języku? Zdarza się czasem tak, że brakuje Ci słowa, że masz je na końcu języka, ale nie możesz go sobie przypomnieć? Za kilkanaście lat może będzie tak, że tego słowa zabraknie na dobre i po prostu nie będziesz mógł powiedzieć tego, co chcesz. Jak pisał Orwell w jednej z najbardziej wizjonerskich powieści wszechczasów, Rok 1984, „Nadrzędnym celem nowomowy jest zawężenie zakresu myślenia, aż myślozbrodnia stanie się niemożliwa – zabraknie słów, by ją popełnić. Każde pojęcie będzie można wyrazić wyłącznie przez jedno konkretne słowo o ściśle określonym znaczeniu. Wszystkie niuanse, wieloznaczności i znaczenia poboczne zostaną wymazane i zapomniane”.

Kto będzie miał władzę semantyczną, będzie miał władzę nad umysłami ludzi. W efekcie będziemy rozmawiać ze sobą jak maszyny.


Udostepnij
Glodne Slonce

4 Responses to “Cenzurowanie słownika”

  1. Godryk Says:

    Jakoś nie widzę w brukowcach nagłówków o księżach czy wiernych molestujących Najświętszy Sakrament, więc Twoja argumentacja jest inwalidą.

  2. dzemeuksis Says:

    “nowomowa marketingowa” - mój ulubiony przykład, to “doradca”, który jest często określeniem sprzedawcy, który pod pozorem doradzania wciska ściśle określone produkty.

    Z innej beczki “kradzież” w odniesieniu do piractwa komputerowego. Zaznaczę, że nie chcę tu rozpętać dyskusji na ten temat, zgódźmy się tylko co do tego, że kradzież jednak dotyczy dóbr fizycznych, oznacza zabranie czegoś, czego skutkiem jest utrata posiadania przez właściciela. Piractwo, jakkolwiek by je uznać choćby i za zbrodnię najgorszego sortu, kradzieżą się przez to nie stanie.

    Inny ciekawy wątek. Słów w języku polskim: kilka milionów. W tym język ogólny, kilka dialektów, i pewnie znacznie więcej socjolektów. Do tego jedno słowo/fraza nadal może mieć wiele, naprawdę wiele znaczeń, czy odcieni (duże pole semantyczne). A my wciąż przywiązujemy większą uwagę do wypowiedzianego słowa niż do intencji, które stoją za wypowiedzią.

    Z jednej strony mnóstwo badań, które potwierdzają, że sucha treść wypowiedzi to znacznie mniej niż połowa wypowiedzianego komunikatu, bo o reszcie niuansów znaczeniowych decyduje intonacja, mowa ciała i inne. Z drugiej krzyczymy, że rasista, że homofob, kiedy ktoś powie “Murzyn”, albo “pedał” nie wnikając w intencje. A próby tłumaczenia kontekstu odrzucamy, jako wykręcanie kota ogonem.

    Oj, daleka droga przed nami, daleka, nim nauczymy się efektywnie wykrzystywać język bez potykania się na każdym kroku. Tyle energii na jałowe spory, które próbujemy rozwiązywać na poziomie semantyki, języka, podczas gdy prawdziwe nieporozumienie znajduje się często o wiele niżej i dotyczy o wiele mniejszego obszaru niż się wydaje na poziomie języka.

  3. szary Says:

    Mój komentarz nic nie wniesie, ale po prostu muszę podziękować za tę analizę. Ja już myślałem, że to ze mną jest coś nie tak, że mnie to “fałszowanie” języka boli.

  4. Zippy Says:

    Przypana…
    Ja pszypraszam, że tak trochę nie na temat, ale mam pytanko (też kocham tego typu zdrobnienia :D)
    Czy byłoby oburzającą zbrodnią pobranie “pirackiego” e-booka FNiN SCH, jeśli mam (legalną :D) papierową wersję?

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).