Bangkok (1) pierwsze wrażenia

Bangkok
Air France to europejskie brakujące ogniwo między tanimi liniami a British Airways. Na śniadanie dają mikro croisante i wodę w kolorze herbaty, a kapitan mówi po francusku. Potem powtarza to samo po angielsku, ale ten angielski też jest po francusku, z wyjątkiem zapowiedzi lądowania na lotnisku „czopina” w Warszawie. Dopiero po przesiadce do Jumbo Jeta robi się przyzwoicie. Po siedmiu godzinach od startu w Warszawie… minęliśmy Warszawę. Sporym łukiem, ale jednak. A mogłem brać Finair i byłoby przez Helsinki – znacznie bliżej niż przez Paryż. Albo brać LOT i w ogóle by nie było problemu, bo Lot nie lata do Bangkoku.

Lubię żarcie w samolotach. Jest takie nieoczywiste. Nigdy nie zjadłem takiej ilości tłuszczu na raz, jak w transatlantyku BA, gdzie podano coś z ziemniakami. OK, więcej tłuszczu na raz zjadłem w wieku pięciu lat, gdy pomyliłem kostkę masła z lodami Bambino. Jeśli chodzi o catering w samolotach, to mamy z Kasią rozbieżne zdania. Ja wolę catering BA (pomijając tłuszcz, bo to pewnie był wypadek przy pracy), Kasia AF. No ale oczywiście ja mam rację, bo czyż w kwestii gustu można opierać się na opinii kogoś, kto od piwa woli wino, a od dubstepu jazz? No właśnie.

Widoki za to dzięki temu mieliśmy niezłe: Alpy w zachodzącym słońcu, Delhi – żarzące się węgle wygasłego wieczorem ogniska, Batman – Dark Khight Rises (który z nudów obejrzałem w dwóch podejściach do połowy, bo nie nudziłem się aż tak, żeby obejrzeć do końca) i cztery warstwy chmur nad Morzem Andamańskim. Jeśli jakiś znawca chmurologii powie mi teraz, że nie może być czterech warstw chmur, to odeślę go do firmy Boeing; niech im powie, że ich okno kłamie.

Po wylądowaniu na całkiem ładnym lotnisku w Bangkoku od razu wpadliśmy w coś, co można by określić mianem PAP – Permanentnej Azjatyckiej Prowizorki, która będzie nam towarzyszyła już do końca pobytu. PAP objawia się na każdym kroku i pod wszelkimi możliwymi do wyobrażenia postaciami. Na szczęście, choć duże napisy informacyjne są wykonane lokalnymi robaczkami, to mniejsze pod nimi zawsze po angielsku. Najpierw trzeba podbić wizę, a dopiero potem można odebrać bagaż. I oczywiście, zgodnie z zasadą PAP, informacja służy dezinformacji. Najpierw skierowano nas do wejścia dla ludzi, których chyba w Tajlandii niespecjalnie lubią, bo w jednej długaśnej kolejce zgromadzono osobników wszelkich odcieni ciemnego brązu. Co ciekawe, tabliczka informowała, że tam też mają się udać Ukraińcy i Litwini. Jako jedyni biali w kolejce zorientowaliśmy się, że statystycznie jesteśmy w tym miejscu niespodziewaną fluktuacją prawdopodobieństwa. Poszliśmy więc dalej i po dwóch zmyłkach kolejnych punktów dezinformacyjnych, instynktownie trafiliśmy do właściwej kolejki, bardziej nam pasującej rasowo. I okazało się to słusznym wyborem, choć nad okienkami stało jak byk, że to kolejka dla „Asean People”.

PAP działał dalej. Nie wchodząc w szczegóły (takie jak np. zwieszony komputer), udało nam się załatwić wizę już za piątym podejściem. Nie zmienia to faktu, że wszyscy byli bardzo mili. Za bramkami kontroli imigracyjnej zobaczyliśmy następujący obrazek: podajnik bagażu blokuje się od nadmiaru waliz bogatych Europejczyków (bo każdy ma własną). Walizy wysypują się na podłogę, piętrzą albo klinują w przewężeniach jak rwąca rzeka podczas roztopów. Pracownicy skaczą ponad bagażowym korkiem, wyciągają ręcznie walizki, torby i plecaki i układają piętrowo. Przy podajniku kręci się ledwie kilkanaście osób z samolotu, w którym było ich koło czterystu. Większość pewnie błądzi gdzieś, między kolejkami dla starających się o pracę Bangladeszańczyków i Litwinów.

Pierwsze wyjście na zewnątrz i człowiek czuje się, jakby wszedł na wybieg słoni w zoo. Jest gorąco, wilgotno i… śmierdzi wybiegiem słoni w zoo. Wrażenie zapachowe znika bardzo szybko i staje się neutralnym tłem. Gorąco i wilgoć – nie. PAP działa dalej. Nie ma tabliczki TAXI, choć taksówek czeka kilkadziesiąt. Ktoś macha, żeby iść dalej i to machanie to chyba jest jego praca. Dalej jest jeszcze więcej taksówek i ciąg biurek z paniami, do których trzeba się zgłosić. Biurka (gustowne z nierdzewnej stali) stoją zamontowane wprost na chodniku, a panie wypisują kierowcom zlecenia. Kierowca dostaje do ręki jeden fragment dokumentu, klient drugi. Po dojechaniu na miejsce, kierowca musi skompletować oba fragmenty, bo inaczej… to nie wiem co.

Zapoznanie się z zasada PAP bardzo się przyda przed wizytą w innych obszarach Indochin, gdzie na pewno występuje ona w spotęgowanej formie. Ten wyjazd miał być więc rekonesansem. Tak czy inaczej dotarliśmy. Ale… dwanaście godzin z Paryża do Bangkoku?! W głowie się nie mieści; to jakby lecieć na koniec świata. Albo jechać pociągiem z Katowic do Gdańska.

To be continued…

Sklep wolnocłowy na Okęciu

Paryż

Paryż. Blokada na koło źle zaparkowanego samolotu

Paryż

Boeing 777

Boeing 777

Bangkok - gustowne chmurki nad rzeką Menam

Bangkok - słoneczne powitanie

Baggage jam

Taxi office

Bangkok

Reklamy są tu tak duże, by widzieli je astronauci

Bangkok

Bangkok

Oczywiście pracowałem

Nie tylko ja pracowałem

Khao San market

Uliczny ołtarzyk

Hotel Muse. Noc tutaj kosztuje mniej niż w hotelu w ?ebie

Bangkok

Bangkok

Latarka na wyposażeniu hotelu

Bangkok

Bangkok

Bangkok

Bangkok

Bangkok

Bangkok

Bangkok

Bangkok to wiecznie zakorkowane miasto

Bangkok

Bangkok


Udostepnij
Glodne Slonce

15 Responses to “Bangkok (1) pierwsze wrażenia”

  1. Felixomanka Says:

    Pierwszy komentarz (nie ma “Pierwsza!” ;>) Nareszcie jakaś normalna pora ;)

  2. Felixomanka Says:

    1.No, no ładną ma pan opinię o żonie ;).
    2.Kostka masła pomylona z lodami tego jeszcze nie grali.
    3.Miło obejrzeć zdjątka z na razie niedostępnego końca świata.
    4.Miłego wypoczynku pomimo PAP

  3. Rafal Kosik Says:

    Już wróciłem.

  4. Samantha Says:

    Niesamowite przejście ze świetnej muzyki do ogólnoświatowej kolędy…
    PAP w Albanii by nie przeszedł ze względu na azjatyckie korzenie tej nazwy, ale gdyby zmienić je na Permanentną Albańską Prowizorkę, to byłoby podobne w znaczeniu :)

  5. Felixomanka Says:

    Iee.. Jak zwykle spóźniona. ;)

  6. Pilot Says:

    Boeing 777 to nie “Jumbo Jet”. Tak się nazywa Boeinga 747.

  7. Al Says:

    …a gdzie Martens Bangkok?

  8. Rafal Kosik Says:

    Chyba potocznie Jumbo Jet to każdy taki wielki Boeing.

    A Martens Bangkok będzie.

  9. fan anonim Says:

    Niech pan nie przesadza. Chyba nie było aż tak źle. Poza tym mam nadzieję, że mimo tych wad miło pan wypoczął.

  10. Pilot Says:

    @ Rafał Kosik

    “Boeing 747 – samolot pasażerski szerokokadłubowy dalekiego zasięgu, produkowany przez Boeing Company, potocznie nazywany Jumbo Jet – ustępując Airbusowi A380 i An-225 jest jednym z największych samolotów odrzutowych na świecie.”

    Z Wikipedii. Nawet po wpisaniu hasła “Jumbo Jet” następuje przekierowanie do Boeinga 747. To określenie jest akurat ściśle przypisane temu modelowi.

    Z kolei Airbus A380 to “Super Jumbo”. Ochrzczony został tak prawdopodobnie dlatego, że jest bezpośrednią konkurencją dla 747. No i jest jeszcze większy.

  11. szary Says:

    Ciekawe z tą latarką. Czy to też byłby element PAP-u?

  12. Nika Clevleen Says:

    Ehh… NIE MOG? PATRZEĆ NA ZDJ?CIA Z SAMOLOTU!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  13. fan anonim Says:

    @ Nika Clevleen: Dlaczego?

  14. Nika Clevleen Says:

    Bo przypomina mi się Rzyyyyyyyyyyym….. Tam było cudownie….! I to była moja pierwsza podróż samolotem i tęsknię za tym… Jak będę dorosła, to kupię sobie samolot i będę wszędzie nim latać.

  15. Shadowmage Says:

    Taksówkarze nie dostają swojej doli, jeśli nie wrócą z potwierdzeniem klienta. Mogliby oczywiście białasa wywieźć do lasu, zastrzelić i zabrać potwierdzenie, ale… lasów w Bangkoku nie ma, więc prościej zawieść turystów na miejsce.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).