Antybohater

Wbrew temu z czym kojarzy nam się ś.p. Leslie Nielsen, wykreowany przez niego bohater, komandor J.J. Adams z filmu Zakazana planeta był poważnym, nieomylnym i nieskazitelnym moralnie człowiekiem. Jeśli coś nas dziś w tym filmie z 1956 roku śmieszy, to właśnie ta jego nieskazitelność, no i przedstawiona tam technika. Podejście do tworzenia bohaterów było inne, zdecydowanie inne niż dziś.

Klasyczni bohaterowie literaccy i filmowi złotej ery SF okazywali się zwykle albo tak pozytywni, że aż kryształowi, albo całkiem źli. Nie znaczy to, że antybohater jest wynalazkiem ostatnich lat. Po prostu dziś taki rodzaj postaci jest bardziej popularny. Właściwie to trudno mi znaleźć współczesny film, w którym główny bohater jest jednocześnie klasycznie pozytywny i… ciekawy. Taki na przykład Batman jest najnudniejszą postacią we własnym filmie. Zresztą nie inaczej jest z Supermanem i Kapitanem Ameryką. Twórcy mają z tym problem, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że tak naprawdę głównym bohaterem filmu Mroczny Rycerz jest Joker.

Trzymając się klimatów fantastycznych, za jednego z najstarszych antybohaterów możemy uznać biblijnego Noego. Dzięki problemowi alkoholowemu, z którym musiał się zmierzyć, był ciekawszy od swoich kolegów z tej samej książki. Bohaterowie Juliusza Verne’a czy Arthura Conana Doyle’a (ci fantastyczni) byli niemal bez wyjątku pozytywni i nieskazitelni. Bohaterowie Lema, Dicka i innych klasyków też są albo pozytywni, albo negatywni i niespecjalnie łatwo będzie tam znaleźć wyraziste postacie, które nie są jednoznaczne. Szczególnie u Lema postacie są wręcz ruchomymi elementami scenografii i po prostu wykonują swoje zadania. Nawet ironiczny i sarkastyczny Ion Tichy jest bardziej narzędziem autora niż postacią z krwi i kości. Jeśli można wskazać lemowskiego bohatera spełniającego pewne założenia antybohaterskie, byłby nim Hal Bregg z Powrotu z gwiazd. Porównując to ze współczesnym Ślepowidzeniem lub Rozgwiazdą, zobaczymy diametralną różnicę w podejściu do tworzenia bohatera.

W literaturze młodzieżowej, którą również się zajmuję, jest tak samo. Staś Tarkowski czy Tomek Wilmowski to chłopcy niemal bez skazy. Dziś powieść oparta na takich postaciach raczej nie osiągnęłaby sukcesu. Sam mam z tym sporą zagwozdkę, jak stworzyć bohatera wiarygodnego, ciekawego, a jednocześnie broniącego się moralnie. Łatwo przegiąć – czytając Małego Brata Doctorova, życzyłem bohaterom, żeby jak najszybciej wylądowali w pierdlu.

Najbardziej charakterystycznym odtwórcą filmowych antybohaterów jest chyba Harrison Ford. Zawdzięczamy mu role m.in. Indiany Jonesa, Hana Solo i Ricka Deckarda. Pewnie część osób zaneguje takie rozszerzenie definicji antybohatera, ich prawo. Przypomnę tylko, że Han Solo ruszył na ratunek księżniczce Lei dopiero po tym, kiedy Luke powiedział mu „She’s rich”. Komandor J.J. Adams nie potrzebowałby tego, w jego przypadku do czynienia dobra wystarcza ręka scenarzysty. Mamy więc postać niewiarygodną, papierową. Dlatego właśnie wszyscy wolą Hana Solo od Luka Skywalkera, który jest do bólu przewidywalny, jakby był androidem zaprogramowanym do czynów anielskich. Nawet C-3PO wydaje się od niego bardziej ludzki.

Fantastyka w ostatnich dekadach straciła optymizm, królują wizje katastroficzne lub chociaż pesymistyczne (choćby Black Mirror). Na podobnej zasadzie dziś lubimy bohaterów, którzy mają jakąś skazę. Możemy się z nimi utożsamiać, wydają nam się bardziej dostępni, znajomi, szczerzy. Ich przygody są ciekawsze, łatwiej nimi ubarwić fabułę. Antybohater często pozostaje w konflikcie nie tylko ze światem, ale i z samym sobą. Można by rzec – jak w życiu. Dzięki „uczłowieczeniu” fikcyjnych bohaterów literatura i film są zdecydowanie bardziej interesujące.

Jednak trend, jak to zwykle bywa, nie zatrzymuje się w miejscu, które wydawało się jego celem, lecz eskaluje. Weźmy serial House of Cards, gdzie główny bohater jest socjopatą bez ludzkich uczuć, a jego żona klasyczną suczą. Obowiązująca zasada produkcji amerykańskich to poświęcenie spójności charakteru bohatera dla ciekawych twistów fabularnych. Dzięki temu role bohaterów pozytywnych są przechodnie. Mało tego, w całym serialu trudno wskazać bohatera naprawdę pozytywnego, który nie jest jednocześnie naiwniakiem nieogarniającym świata.

To doskonale wpisuje się w opanowującą Zachód anomię. Ciekawe pytanie, jaki będzie to miało długofalowy wpływ na kulturę. Przecież bohaterowie, szczególnie filmów i literatury dla młodszych odbiorców, w istotny sposób kreują postawy życiowe i system moralny. Zatem pokazywanie złodziei i morderców jako fajnych kolesiów zostanie odebrane jako przestroga czy zachęta? Nie mam pojęcia. Wiem za to, że potrzebujemy nudnych, staromodnych bohaterów pozytywnych. Chociażby w roli wzorca.


Udostepnij
Glodne Slonce

4 Responses to “Antybohater”

  1. Grzesiek Says:

    Panie Rafale, którym bohaterom czytając małego brata Doctorova życzył pan znalezienie się w pierdlu? Ja życzyłem tego funkcjonariuszom dhs.

  2. Rafal Kosik Says:

    Moje wrażenia z lektury opisałem tutaj http://rafalkosik.com/maly-brat . W skrócie powieść odebrałem jako łopatologicznie propagandową. I owszem, można do tego podejść od strony obrony wolności obywatelskich, jednak wypadałoby to zrobić z wyczuciem. Autor potraktował zamach terrorystyczny jako pretekst do startu fabuły i później się nim już nie zajmuje. Z tej perspektywy rzeczywiście działania służb wydają się czystą bezmyślną przemocą. Jednak na chwilkę pominąwszy tych naszych bohaterów, to w tle toczy się śledztwo, bo nie wiadomo kto dokonał zamachu, ani czy nie planuje następnego. To jest całkowicie pominięte w powieści.

  3. Szary Says:

    Ja też tęsknię do Winnetou i Old Shattehanda…

  4. Nieświeć Says:

    Tradycyjnie zapomniałem skopiować tekst przed wysyłką i cały elaborat poszedł się chlastać. Wiec teraz krótko.

    Ludzie znudzili się pozytywnymi bohaterami, ludzie znudzą się psycholami i bandziorami. Może nawet już niedługo, bo teraz ludzie się szybciej nudzą.

    I myślę, że bohaterowie takich seriali jak “The Wire” czy “Hell on Wheels” to właśnie oznaka tego znudzenia. I że pozytywni bohaterowie - tacy jak Bohannon z “HoW”, nie nieskazitelnie, karykaturalnie wręcz dobrzy, ale dobrzy z wadami, ludzcy, walczący o swoje honorowo i nie zeświniający się na każdym kroku, i nawet jeśli podejmujący złe decyzje, to próbujący potem naprawić swoje błędy, to jest właśnie wyjście z sytuacji.

    A tak płakać, jak po śmierci Winnetou, to zdarzyło mi się tylko na pogrzebie Drussa Legendy :)

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).