Antroponarcyzm czyli pępkowszechświatyzm

Jezus Chrystus na oficjalnych obrazkach jest białym mężczyzną rasy kaukaskiej z równo przyciętą brodą, długimi włosami i łagodnym spojrzeniem. U nas tak wygląda, bo na przykład kościoły czarnoskórych wspólnot w USA często przedstawiają go jako Murzyna. Jezus na pewno nie był ani tak czarny, ani tak biały. Prawdę mówiąc to nie mamy pojęcia, jak dokładnie wyglądał, i niespecjalnie nas to obchodzi. Jego aktualny wizerunek ma po prostu przypominać nas.

Nawet sam Bóg jest przedstawiany jako mędrzec z siwą brodą. Byt absolutny wtłoczyliśmy z wrodzoną sobie pychą i zapatrzeniem w lustro w ramy jednego z naszych ludzkich archetypów. Po co? Ano po to, żeby przybliżyć Boga prostemu człowiekowi. Nie ma w tym niczego złego, a przynajmniej niczego gorszego niż w lokalizowaniu systemu operacyjnego Windows czy Android tak, by ten był bardziej przyjazny użytkownikowi. To wydaje się mądre. No, przynajmniej do momentu kiedy próbujesz skorzystać z francuskiego komputera.

Mamy taką ciekawą przypadłość: nie możemy się pozbyć przeświadczenia, że jesteśmy pępkiem świata. Przeciętny człowiek siłą rzeczy postrzega rzeczywistość ze swojego punktu widzenia i do wszystkiego przykłada swoją miarę. Wyobraźnia pomaga nam wzbić się ponad to, ale nawet kiedy już zdamy sobie sprawę z naszego obciążenia, trudno je przezwyciężyć, bo to element naszej natury. Dotyczy to nas jako jednostek, dotyczy jako przynależnych do danego kręgu kulturowego, a nawet dotyczy jako gatunku zamieszkujący Ziemię. Pamiętajmy, jak trudno było obalić przeróżne modele astronomiczne z Ziemią pośrodku, nawet już tą kulistą.

W świątyni Wat Pho w Bangkoku stoją kamienne rzeźby zwane Farang Guards, wykonane przez Chińczyków. Rzeźby jak rzeźby, przedstawiają przeciętnych Azjatów, tylko z bardziej wyłupiastymi oczami. Jedyne co w nich nie pasuje do otoczenia, to cylindry na głowach. To znaczy dla ludzi Zachodu tak to wygląda, bo oceniają według swojej miary i przyzwyczajeń. W rzeczywistości miało to być karykaturalne przedstawienie Brytyjczyków, tyle że artysta tkwił głęboko w swojej kulturze i nie potrafił się wyrwać z utrwalonych torów myślowych. Tak jak my rysujemy Chińczyków ze skośnymi oczami, tak oni nas z wyłupiastymi.

Ludzie, których potomkami jesteśmy, prawdopodobnie wyruszyli na podbój planety kilkadziesiąt tysięcy lat temu gdzieś z północnej Afryki. Prawdopodobnie bardzo przypominali współczesnych Afrykańczyków. Nie była to pierwsza fala hominidów, wylewająca się stamtąd… i niekoniecznie ostatnia. I nawet nie piszę teraz o aktualnym kryzysie imigracyjnym, tylko o czymś, co grozi nam w skali kolejnych dziesięcioleci – być może ocieplenie klimatu spowodowane industrializacją uczyni kolejną migrację ostatnią, ale masową na niespotykaną nigdy wcześniej skalę.

Potomkowie tych, którzy kiedyś wyruszyli z Afryki, powrócili tam jako badacze. A kiedy zobaczyli lokalsów, nawet nie rozpoznali w nich ludzi. I to nie z powodu rasizmu (to pojęcie nawet wtedy nie istniało), lecz ograniczeń wyobraźni. A minęło ledwie kilkadziesiąt tysiącleci, co w skali kosmicznej jest czknięciem.

Miałem poważny problem z serialem Star Trek, a głównie z serią Next Generation, której lata temu obejrzałem chyba wszystkie odcinki. Otóż dowolny kontakt z obcą cywilizacją, czy nawet z bytem wyższym (Q), sprowadzał się do niemal stuprocentowej antropomorfizacji. Czyli lądujemy na planecie, gdzie tubylcy przypominają ludzi, ale mają szpiczaste uszy albo niebieską skórę, albo… co się tam naprędce udało charakteryzatorom dokleić. Przy czym zwyczaje na planecie są znajome, obowiązkowo przyspieszenie grawitacyjnie wynosi 9.8 m/s2, a skład atmosfery jest identyczny z ziemskim. Nie wiem jak Wy, ale ja w tym momencie idę zaparzyć herbatę (bez pauzowania filmu). Niestety po powrocie z kuchni jest jeszcze gorzej – obcy mówią po angielsku z silnym walijskim akcentem.

Chociaż Gwiezdne wojny mają tyle wspólnego z science fiction, ile „piwo” koncernowe z piwem, to akurat aspekt rasowy rozpracowują ciut lepiej. Ciut lepiej, lecz nadal niedoskonale. Przynajmniej języki i ogólny fenotyp się różni, choć te wszystkie rasy nadal wyglądają, jakby wyewoluowały od wspólnego z ludźmi przodka gdzieś sto tysięcy, może milion lat wcześniej. Jestem pewien, że są na ten temat opracowania fanowskie; nie czytałem ich i nie o fikcyjne wyjaśnienia teraz chodzi.

Kino mainstreamowe nawet nie próbuje się wysilać i jeśli musi pokazać obcą formę życia, to zazwyczaj przedstawia ją jako człowieka. Po prostu pojawia się John lub inny Zdzisław, potraktowany mniej lub bardziej symbolicznie. Wyjaśnienie, że postacie muszą mieć fizyczne i psychiczne cechy ludzkie, by widz mógł się z nimi utożsamiać (więc i kupić bilet), oczywiście jest uzasadnione z punktu widzenia sztuki filmowej. To tylko potwierdza nasz nieuleczalny pępkowszechświatyzm.

A co z literaturą? W książce nie trzeba przecież pokazywać wszystkiego dosłownie, można się dowolnie bawić słowami. Jeżeli miałbym wskazać najdalej posuniętą wizję deantropomorfizacji obcych w literaturze, to jako pierwszy przyszedł mi do głowy Szpital kosmiczny Jamesa White’a. Po namyśle pojawiło się jednak pytanie o sens, bo po co ktoś miałby robić jeden szpital dla ludzi, psów, tuńczyków, paproci i Escherichia coli? Po głębszym zastanowieniu przyszło mi do głowy Ślepowidzenie, lecz ostatecznie wygrały Fiasko i Solaris. No i może Trylogia Ryfterów.

Co ciekawe, w nauce jest podobnie, bo na przykład mechanika kwantowa posługuje się pojęciem superpozycji różnych stanów i dopiero pomiar dokonany przez obserwatora spowoduje redukcję funkcji falowej złożonego systemu do jednego ze stanów dozwolonych. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, jest to wyjaśnienie akceptowane od stulecia – gdy ktoś pierwszy dokona obserwacji (pomiaru), obiekt obserwowany zmuszony jest do „decyzji”, w jakim stanie się znajduje. I już w takim stanie musi pozostać dla kolejnych obserwatorów. W makroskali jest to oczywiście humorystyczny przykład kota Schrödingera.

Nauka ścisła zamienia się w tym momencie w filozofię, bo kto jest uprawniony do dokonania kolapsu funkcji falowej? Oczywiście człowiek. Tylko cóż to właściwie znaczy? Czy ów człowiek musi mieć tytuł profesora fizyki? A jeżeli w nocy w laboratorium sprzątaczka niechcący zerknie na monitor, to jej obserwacja będzie się liczyć? A jeśli spojrzy niczego nierozumiejące dziecko? A jeśli do pudła z żywomartwym kotem Schrödingera zajrzy inny kot? A może w roli obserwatora wystarczy pchła na żywomartwym kocie?

Jeżeli po nocnym locie Dreamlinerem dotrę do Nowego Yorku i zobaczę przez okno lotnisko JFK, to mogę mieć pewność, że wszyscy pozostali pasażerowie po przebudzeniu też zobaczą lotnisko JFK. Nie z powodu mojej uprzywilejowanej pozycji pierwszego obserwatora, lecz z tej banalnej przyczyny, że wszyscy znajdujemy się w tym samym samolocie. Podobne rozwiązanie paradoksu żywomartwego kota Schrödingera zaproponował Hugh Everett III, który opracował kwantowe podstawy teorii wieloświata. Innymi słowy kot jest i żywy i martwy, tyle że w momencie pierwszej obserwacji drzewo światów rozgałęziło się, a obie odnogi różnią się jedynie kondycją sierściucha.

Wydawać by się mogło, że koncepcja wieloświata powinna zniszczyć nasz antroponarcyzm, bo tym bardziej czyni nas jednymi z nieskończonej palety możliwości. Nic podobnego. W literaturze więcej światów oznacza tylko więcej możliwości zaludniania nowych obszarów kopiami nas samych. Co czynię również ja sam.


Udostepnij
Glodne Slonce

8 Responses to “Antroponarcyzm czyli pępkowszechświatyzm”

  1. paul z Says:

    Fizykę kwantową wezmę na poważnie, gdy przestanie robić w pieluszki. Einstein sknocił kupę, ale przynajmniej ta połowa jego teorii, która nie jest głupia, jest genialna. Przy kwantowcach pozostaje tylko łapać się za głowę. Nauka postępowałaby naprzód o wiele szybciej, gdyby naukowcy przestali przeszkadzać metodom naukowym próbami samodzielnego myślenia.
    Star Trek w swoim czasie naprawdę poszerzał horyzonty i promował różnorodność. Że dzisiaj wydaje się je zawężać, znaczy, że odniósł sukces, był dobry, pomógł stworzyć lepsze, które, jak wiadomo, jest dobrego wrogiem. Jestem wdzięczny zasłużonemu emerytowi i dalej idę drogą, którą mi pokazał. Tak samo mam z Einsteinem.
    Pytaniem dla autora SF jest: Co dalej? Jak wyglądałby nowoczesny serial, który podobnie pchnąłby nas dalej, tak, że nasze dzieci wyśmiewały by go za naiwność?
    A antroponarcyzm? Nie ma sprawy. Światopogląd to strategia przeżycia. Kosmita automatycznie wprowadzi stosowną tolerancję, niezależnie od tego, czy będzie to potomek Krakowiaków, którzy uciekli z PRLu autostopem na latającym spodku, czy n-wymiarowy schizofreniczny kisiel. Liczy się tylko jego giwera.

  2. 5th Says:

    Założenie, że “Oczywiście człowiek.” musi dokonać obserwacji jest doskonałym przykładem antroponarcyzmu wynikającego z niedostatku wiedzy. Pomiarem w rozumieniu mechaniki kwantowej jest oddziaływanie z otoczeniem.
    @paul Co masz na myśli pisząc “Przy kwantowcach pozostaje tylko łapać się za głowę.”?

  3. wisznu Says:

    Akurat Star Treka: TNG to bym się nie czepiał. Naprawdę się postarali. Spotykali obce rasy niehumanoidalne, choc fakt, że bylo to rzadko.
    Ale w jednym odcinku znaleziono też wyjaśnienie tego, że większość ras to humanoidy. Otóż na jednej z planet odkryto hologram pozostawiony przez najbardziej starożytną i wymarłą rasę humanoidow i twórcy hologramu przekazali odkrywcom, że to oni zasiali w kosmosie, na różnych planetach, życie wedlug swojego wzoru. Bo czuli się samotni.
    Jest to wyjaśnienie do przełknięcia, nie niemożliwe, choć intelektualnie dość słabe. Ale jednocześnie też zahacza o religię - tak troche Daenikenowsko - o stworzenie człowieka na obraz i podobieństwo Boga, nieprawdaż?;)
    A jeśli się nie mylę, to Q mógł przyjąć dowolną formę, ludzką przyjmował z uprzejmości do rozmówcy (ale tu akurat mogę się mylić)

  4. paul z Says:

    Kot Schrödingera to może dowcip, ale wychodzi coś dziwnie swojskiego: Nie wiem, co z kotkiem, póki go znów nie zobaczę. Jeśli odczytać go w drugą stronę, wychodzi, że „superpozycja” oznacza po prostu „możliwości”, a „kolaps kwantowy”, „rozstrzygnięcie”.
    Nieoznaczoność Heisenberga widzę na każdym autobusie: Jak nie jedzie, to stoi, jak stoi, to nie jedzie. Stoi, jeśli poruszam się w tym samym kierunku z taką samą szybkością – czyli jest to efekt względny wobec obserwatora. Jeśli autobus nagram, a taśmę puszczę wolniej, efekt też znika, częściej mogę dokładnie określić lokalizację autobusu. Jest więc także względny wobec szybkości czasowej obserwatora.
    A tunelowanie? Oczywiście, jeśli cząstka nie może pokonać przeszkody w całości, rozkłada się na mniejsze kawałki, przenika szparami i z powrotem się składa. Te mniejsze kawałki to tachiony – te mogą istnieć, bo dylatacja czasu to efekt codzienności („im szybciej idę, tym wcześniej dojdę”), i nie ma z szybkością światła więcej wspólnego, niż z dowolną inną.
    Co tak naprawdę dzieje się w kwantach, zauważyłby Einstein, gdyby ktoś powiedział mu, że 2×2=4. Ruch jest dwuwymiarowy, czas x przestrzeń. E=mc^2 opisuje więc czterowymiarowy przedmiot.
    Jeśli cząstka kręci się w kółko, nazywamy to masą, jeśli leci w miarę prosto, nazywamy to energią, choć w obu przypadkach, dystans, jaki pokonuje, może być taki sam. Widzę więc, że wewnątrz atomu bardzo dużo kręci się bardzo szybko: Czas leci ekspresem, przyczyna i skutek następują po sobie szybciej, niż sekunda Plancka, a jeśli całe serie zdarzeń zlewają się w jedno, oczywiście dziko to wygląda. Komputer kwantowy jest szybszy, bo jest szybszy – i na serio przez sto lat nikt na to nie wpadł?
    A czemu tachion osiąga akurat czterokrotną szybkość światła?
    E/m=c^2=1s^4
    E/m=4s
    My mamy cztery wymiary, on jeden. I tyle.

  5. 5th Says:

    Jeśli masa to kręcenie się w kółko, to dlaczego obiekty masywne zakrzywiają przestrzeń, dlaczego układ związany waży więcej niż suma składników i najważniejsze: dlaczego nie może się zatrzymać? :D

  6. paul z Says:

    To nie rybki powodują prądy morskie, tylko woda.
    Popatrz na te sławetne kule bilardowe wgniatające obrus, wyjaśniające grawitację grawitacją: W jakich warunkach działałoby to w nieważkości? Oczywiście, kule musiałyby uderzać w ten obrus raz za razem. Grawitacja to produkt uboczny ruchu w czasie, wydaje nam się stałą, bo czas jest z nią spleciony, ale tak naprawdę, to pulsowanie, przy którym na zmianę przestrzeń przyciska nas do planety, a potem planeta ciśnie nas na zewnątrz – kule muszą być nie bilardowe, ale gumowe. Zbiega się tu kilka efektów.
    Dlatego też układ nie może się zatrzymać: Bo cały wszechświat nim trzęsie. Jak pokazałem w formułce, 1s = ca. 300 000 km. Wszelka masa już porusza się z szybkością światła przez czas, a że ta czterowymiarowa nie może jej osiągnąć w przestrzeni, jest z tym powiązane.
    Egzorcyzmujmy też duchy bezcielesne, czyli cząstki bez masy. Wyobraź sobie, że opuszczasz prąd czasu i patrzysz na atom lub układ planetarny z boku, jak tak śmiga ci przed nosem. Co widzisz? Falę elektromagnetyczną. To, co rośnie, gdy dodajesz energii, to to, co rośnie, gdy dodajesz energii, czy nazywamy to szybkością, masą, zakrzywianiem przestrzeni, frekwencją i amplitudą, zależy od punktu widzenia obserwatora. My jesteśmy 4D-falami, które uderzają nosem w obrus, światło to 3D-fale, które biegną po obrusie. Po przekroczeniu pewnego progu wielkości, Kazik z łysiną zmienia się w Kazika bez włosów na łepetynie. Weź książkę telefoniczną jako płaszczyznę czasu (co nas tak płaszczy, akurat wyjaśniłem), i spróbuj przepchać najpierw piłkę tenisową, a potem CD – brak jednego wymiaru i odpowiedni rozmiar czynią ogromną różnicę, no nie?
    Innymi słowy, przestrzeń kosmiczna to materia jak każda inna, piekielnie gorąca ciapa z gigantyczną masą i ciśnieniem oscylującym między Czarna Dziura i Omalże Czarna Dziura (żeby skomplikować sprawy jeszcze bardziej, świadomie doświadczamy tylko części ruchu w czasie). Oczywiste, że każdy układ może od niej pożyczać cząstki.
    Szefem fizyki jest matematyka, a ta mówi mi, że dowolną wielkość mogę dzielić nieskończoną ilość razów. Wszechświat to fraktal, poszukiwanie jego najmniejszej wspólnej cząstki rozwalaniem go na kawałki, to dobry sposób na zabezpieczenie prawnuków przed bezrobociem. Jego najmniejszą, niepodzielną, elementarną cząstką jest – cząstka. Gdy ją podzielę, mam dwie cząstki. Jeśli widzę przed sobą cząstek mniej niż 1, widzę ich 0. Znaczy to, że nieskończenie wiele dzieje się na poziomach, których nie potrafimy dostrzec.
    Znów wyszedł przydługi komentarz. Przepraszam.

  7. Q__ Says:

    @wisznu

    “Q mógł przyjąć dowolną formę, ludzką przyjmował z uprzejmości do rozmówcy”

    Owszem. Była nawet - by to bardziej łopatologicznie podkreślić - scena, w której pojawił się najpierw w formie czegoś na kształt trójgłowego węża (była to postać przyjęta na cześć jakichś innych Obcych), a “uczłowieczył” na powitanie Picarda

    Nawiasem… Też masz wrażenie, że Dukaj wprowadzając, w trzeciej scence “In partibus infidelium” Ducha/Duchy i sposób jego/ich manifestowania się oraz rozmawiania z ludźmi mocno się tym Q - i jego z łysym kapitanem dialogami - inspirował?

  8. Magda Says:

    Prawdziwy wizerunek Jezusa Chrystusa jest na Całunie Turyńskim i na Chuście z Manopello.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).