Amelia i Kuba. Wenecki spisek - fragment #1

Amelia i KubaDrzwi otworzyły się gwałtownie i wpadł przez nie szczupły mężczyzna o rozbieganym spojrzeniu.
— Nareszcie jesteście! — rzucił po angielsku.
Dzieci patrzyły na niego w osłupieniu. Mężczyzna nosił strój, który wskazywał na to, że jest kelnerem. A jeszcze bardziej wskazywała na to srebrna taca w jego dłoni.
— Jesteśmy — przyznał ostrożnie Kuba.
— Już się bałem, że nie zdążyliście wsiąść. — Kelner zmrużył oczy. — Myślałem, że będziecie… więksi. No nic, przygotujcie się — polecił im. — Zaraz zaczną się zamówienia. Jest środek nocy, ale w Serenissima Express czas biegnie inaczej. Gotowaliście kiedyś w restauracji pociągowej?
— Jakoś nie było okazji — Kuba wolno pokręcił głową.
— Co on gada? — spytała Mi. — Serowy express?
— Poradzicie sobie — zapewnił ich kelner. Nerwowo przełożył tacę w drugą dłoń. — Tu wszystko działa jak w normalnej knajpie. Tylko trochę buja. Hm, myślałem, że będziecie lepiej mówili po angielsku.
Kuba chrząknął, urażony.
Kelner odwrócił się i wyszedł.
Dzieci stały nieruchomo jeszcze chwilę.
— Co to było? — zapytała Amelia.
— Właśnie zostaliśmy przyjęci do pracy — powiedział Kuba.
W ciemności za oknem pociągowej kuchni śmigały drzewa i zarysy odległych gór.
— Prawdziwi kucharze spóźnili się na własny pociąg — dodał Albert.
— Serenis… co? — mruknęła Mi. — Nazwali pociąg od sera? Ciekawe, gouda czy ementaler?
Albert sprawdził w internecie.
— Serenissima to znaczy najjaśniejsza — powiedział.
— A, czyli biały ser.
***
Amelia i Kuba przeglądali kolejne szafki i lodówki.
— Cała nadzieja w tym, że w środku nocy nikt nie będzie miał apetytu — powiedziała Amelia. — Ja umiem ugotować makaron.
— A ja wodę na herbatę — dodał Kuba.
Albert siedział na stołku, wpatrzony w tablet.
— Mógłbyś jakoś pomóc — powiedziała Amelia.
— Pomagam. Oglądam poradnik kulinarny — wyjaśnił Albert. — Makaron nie może być rozgotowany, a sałaty nie kroi się, tylko rozrywa.
— Bardzo przydatne informacje. — Kuba pokiwał głową.
Rozległo się brzęknięcie dzwonka, a w małym okienku ukazała się twarz kelnera.
— Zaczynamy — rzucił. — Pierwsze zamówienie.
Przez okienko widać było szklanki i kubki pod ladą baru, a nad ladą resztę restauracji. Teraz przy stolikach siedziało kilka osób.
— Czemu oni nie śpią w środku nocy? — mruknęła Mi, zajęta goleniem rąk maszynką mamy wprost do zlewu z mokrymi talerzami.
Amelia i Kuba
Amelia wzięła od kelnera kartkę z zamówieniem i przyjrzała jej się z bliska.
— Boeuf bourguignon — przeczytała z trudem. — Co to takiego?
Albert chwilę przeglądał internet.
— To wołowina po burgundzku — powiedział. — Coś jak gulasz.
— I my mamy to przygotować?
— Masz tam przepis? — Kuba zajrzał na ekran tabletu. — Boczek, karczek wołowy, pieczarki, tymianek, masło klarowane, wino czerwone… — Otworzył lodówkę i z niewyraźną miną przejrzał półki. — No nie wiem… Wołowinę zastąpimy parówkami, a masło klarowane ketchupem. Uwielbiam ketchup.
— On zawsze poprawia smak — dodała Amelia.
— No, ketchup to podstawa — przytaknęła Mi.
Amelia wyjęła parówki, położyła je na desce do krojenia, a Kuba przygotował talerz.
— Krój tak pod kątem, nie na wprost — poradził. — Będzie bardziej elegancko.
Przesypali pokrojone parówki na talerz i polali ketchupem tak, że powstały fantazyjne wzorki. Amelia wetknęła jeszcze w sam środek listek natki. Cofnęli się i przyjrzeli swojemu dziełu.
— To się chyba nie uda — oceniła Amelia. — Każdy odróżni gulasz od parówek z ketchupem.
Kuba podrapał się w głowę.
Amelia i Kuba
— Może rzucimy na wierzch trochę sera? — zaproponował bez przekonania. Wziął do ręki menu. — Tu jest tego więcej.
Amelia też zajrzała do menu i uniosła brwi ze zdziwienia.
— Same francuskie nazwy potraw. Są opisy po angielsku, ale… to niewiele pomoże.
— Zróbmy przecenę na kanapki z dżemem — zaproponowała Mi. — Wtedy wszyscy będą zamawiać kanapki. A to nawet ja potrafię zrobić.
— To danie piecze się przez co najmniej dwie godziny — poinformował ich Albert. — Sądzę, że jest tu gdzieś już przygotowane. Wystarczy podgrzać.
Kuba z nadzieją otworzył drugą lodówkę. Rzeczywiście stało tam mnóstwo plastikowych pu­­­­­de­łek z opisami. Szybko odnalazł właściwe. Wsta­wił je do kuchenki mikrofalowej i wcisnął „start”.
— Łatwizna.
— Czyli to nie będzie potrzebne. — Mi już wcinała parówki, brudząc palce w ketchupie. Pstryknięciem posłała natkę na blat. — Zielone to jedzą króliki, a nie inteligentne dziewczynki. Mmm… Przesmaczne! To jest dopiero wykwitła kuchnia!
— Wykwintna — poprawił ją Kuba.
Przełożył podgrzaną zawartość pudełka na talerz. Amelia przystroiła go listkiem natki, tym samym, który wyrzuciła Mi. Chwilę się zastanawiali, czy nie warto polać dania ketchupem, ale zrezygnowali. Będzie więcej ketchupu dla nich.
— Teraz musisz się wychylić przez okienko — powiedziała z pełnymi ustami Mi. — I krzyknąć: „Wołowina po bermudzku raz!”.
— Burgundzku, głuptasie. A to nie stołówka, tylko elegancka restauracja. — Kuba postawił talerz w okienku i nacisnął przycisk mechanicznego dzwonka.
Kelner natychmiast zgarnął talerz i odszedł.
Mi pożerała parówki, a Amelia i Kuba w napięciu czekali, czy kelner nie wróci z reklamacją.
Nie wrócił.
***
Mimo tego, że był przecież środek nocy, co kilka minut pojawiało się kolejne zamówienie. Kuba odnajdywał odpowiedni pojemnik i podgrzewał go, Albert sprawdzał w internecie, co trzeba dodać, a Amelia zajmowała się ładnym przybraniem talerza. Tylko Mi nie miała co robić, bo była za niska. Wykorzystywała więc cały wolny czas na zabawę z Imbirem. Zdecydowanie, warto było połknąć tę tabletkę, by móc teraz zanurzać palce w tym mięciutkim futerku.
Amelia i Kuba
Sam Imbir co chwila zerkał na stojącą na blacie miskę. W ogólnym zamieszaniu Amelia zupełnie zapomniała, że powinna go nakarmić. Postawiła kolejny talerz w okienku i nacisnęła dzwonek.
— Sam tu jestem. Musicie to zawieźć. — Kelner popukał palcem w zamówienie i położył na blacie kartę magnetyczną na smyczy. — Ta karta otwiera wszystkie drzwi.
Wrócił na salę. To zamówienie rzeczywiście było inne od poprzednich, bo zamiast numeru stolika był numer przedziału.
— Czyli trzeba to dostarczyć do przedziału? — upewnił się Kuba.
— Jakiemuś leniuchowi nie chce się przyjść — stwierdziła Mi, rzucając Imbirowi do aportu gąbkę do mycia naczyń.
— Talerz trzeba postawić na tacy i nakryć głęboką srebrną pokrywką — wyjaśnił Albert. — A potem na wózku zawieźć do przedziału.
— Nie mogą sobie po to przyjść?
Kuba niechętnie zdjął już z głowy czapkę, ale w tym momencie kelner przyniósł kolejne dwa zamówienia.
— Albert? — Kuba spojrzał wyczekująco na brata Amelii.
Albert milczał, co znaczyło, że nie zamierza się ruszać z miejsca.
— Dobra, przejdę się. — Mi wstała i zawiesiła na szyi smycz z kartą. — Nudno tu trochę.
— Jesteś za mała.
— Sam jesteś „za mały”! Dawaj mi ten wózek.
Chwilę później Mi dumnie pchała nakryty obrusem wózek. Na srebrnej tacy, pod srebrną pokrywą pobrzękiwał talerz. Czuła się taka dorosła i taka odpowiedzialna.
Amelia i Kuba
Dotarła do celu, zapukała i zrobiła najbardziej profesjonalną minę, na jaką było ją stać.
Drzwi otworzył mężczyzna w szlafroku. Nawet nie zaszczycił Mi spojrzeniem. Wziął tacę i podał jej banknot. Po czym bez słowa zamknął drzwi.
— O, pieniądze — zauważyła Mi. — Jeju, dzięki! Odwołuję tego leniucha. — Włożyła je do swojej niebieskiej torebuni i uśmiechnęła się szeroko. — Mam prawdziwą pracę…
***
Mi tak się to spodobało, że z rozczarowaniem przyjmowała każde zamówienie do stolika. Biegała z wózkiem po pociągu i chwilowo zapomniała nawet o Imbirze. A pies przysypiał w kąciku i tylko od czasu do czasu tęsknie zerkał na miskę, która wciąż stała na blacie.
— Jest! — Mi pierwsza zauważyła kolejne zamówienie. — O! „Przedział Amarantowy”. Wypas! Jaki to w ogóle jest kolor?
— Czerwony wpadający w fiolet. — Amelia wzięła kartkę z zamówieniem i z trudem przeczytała nazwę dania — canard aux genievre.
— Kanar? — Mi uniosła brwi. — Ktoś chce się najeść kanarkiem?
— Canard to po francusku znaczy „kaczka” — wyjaśnił Albert.
— Czyli kaczka to taki spasiony kanarek?
— To danie to… — Albert pukał w tablet — kaczka pieczona w jałowcu.
— W jałowcu? — Kuba spojrzał przez okno. — Skąd my tu weźmiemy jałowiec? Z tą wykwintną kuchnią to jednak jest kupa roboty.
Za oknem w zawrotnym tempie śmigały skalne ściany. Niebo nad Alpami wolno różowiało na wschodzie.
Kuba wyszukał w lodówce właściwy pojemnik i otworzył pokrywkę.
— A nie, spoko. Tu już są jakieś kulki. Chociaż głównie to buraczki.
Pod wpływem nowego zapachu Imbir ożywił się. Uniósł łepek i zaczął węszyć, a potem wbił spojrzenie w pojemnik z kaczką i zmrużył oczy. Coś kombinował w tym swoim małym łepku.
Dwie minuty później Mi pchała wózek w kierunku wagonu z najbardziej luksusowymi przedziałami. Co jakiś czas przez długi pusty korytarz przebiegały światła latarni i sygnalizacji kolejowej. Wyglądały trochę jak duchy. Było to odrobinę straszne, ale i fajne.
Wagon z pięcioma przedziałami sprawiał jeszcze bardziej ponure wrażenie. Miał rzadziej umieszczone okna, a między korytarzem a przedziałami nie było ich wcale.
Mi wolno podeszła do drzwi z tabliczką w kolorze amarantowym i zapukała. Nie było odpowiedzi. Zapukała ponownie.
— Kanarka przywiozłam — zawołała, po czym szybko się poprawiła — to znaczy kaczkę. W jajowcu! Znaczy… w jałowcu.
Amelia i Kuba
Znowu nic. Wzru­­szyła ramionami i już miała wracać, gdy przypomniała sobie o karcie na smyczy. Dlaczego jej nie użyć? W końcu po to dostała kartę otwierającą wszystkie drzwi, żeby to robić, prawda? To logiczne.
Zbliżyła kartę do zamka i usłyszała mechaniczne kliknięcie. Nacisnęła klamkę. Drzwi nie przesuwały się, lecz otwierały na zawiasach, tak jak zwykłe drzwi w domu.
Wewnątrz paliło się tylko kilka świeczek, a światło wpadające przez okno było bardzo słabe. Mi niewiele zdołała zobaczyć, poza tym że ten przedział rzeczywiście przypominał małe mieszkanie. I to takie z filmu o księżniczkach i milionerach.
Być może kto inny by zawrócił, ale nie Mi. Mi, pchana ciekawością, wjechała z wózkiem do środka.
— Halo…! Jest tu kto? — zapytała. — Najlepiej ktoś, kto zna język polski.
— Masz szczęście. — Zza jej pleców dobiegł kobiecy głos mówiący po polsku, a drzwi się zatrzasnęły.
Mi odwróciła się gwałtownie. Przy drzwiach stała… Szpiegówka, tym razem w czarnej sukni. Miała też czarne włosy. Ledwo było ją widać w tym półmroku i w tych żałobnych ciuchach.
— Masz szczęście — powtórzyła kobieta — ale tylko co do języka polskiego. W pozostałych sprawach to masz prawdziwego pecha.
W świetle płomyków świec błysnęła strzykawa.
— Ej, ale za co?! — Mi cofnęła się za wózek. — Już mieliśmy szczepienia w szkole.
Rozejrzała się w poszukiwaniu innego wyjścia. Zaraz jednak przypomniała sobie, że to przecież pociąg, więc drzwi do przedziału są tylko jedne.
Amelia i Kuba
— Nie chodzi o szczepionkę — wyjaśniła spokojnie Szpiegówka. — Potrzebuję twojej krwi.
— Że co proszę?! — Mi wzdrygnęła się. — Po co? Jest pani… wampirem?
Na dźwięk tego słowa srebrna pokrywka na wózku cicho zabrzęczała. Mi otworzyła szerzej oczy. Wiedziała doskonale, że wampiry nie lubią srebra, ale żeby z wzajemnością?

Ilustracje Jakub Grochola


Udostepnij
Glodne Slonce

One Response to “Amelia i Kuba. Wenecki spisek - fragment #1”

  1. Gosia Says:

    Wspaniałe historyjki. Dzieciaki na pewno cię pokochają

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).