Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony - fragment #1

Amelia i KubaW tym samym budynku co kasy zoo i bramki wejściowe znajdował się sklepik z pamiątkami. To bardzo uprościło plan Mi, a przynajmniej tak jej się wydawało.
— Dzień dobry. — Mi oparła dłonie o ladę kasy. — Macie małpy? Szukam takich niewrednych.
Ekspedientka spojrzała na nią zza wielkich okularów, przez które jej oczy wydawały się dwa razy większe.
— Maskotki są tutaj. — Wskazała regał obok.
Mi podeszła do regału i wydęła wargi w wyrazie dezaprobaty. Na półkach leżały pluszaki. I owszem, część z nich to były pluszowe małpki. Były nawet owłosione plecaki, które po założeniu wyglądały, jakby ktoś niósł małpę na barana.
— To nie są małpy — stwierdziła Mi.
— Oczywiście, że są. — Ekspedientka wzięła z półki jedną z maskotek. — To jest… prawdopodobnie szympans.
— Rany, nie widzi pani, że to nie małpa? Albert, wytłumacz pani.
— Formalnie biorąc, to nie jest małpa, tylko model małpy — wyjaśnił uprzejmie Albert. — Model samochodu nie jest samochodem.
— Ach, no oczywiście. — Ekspedientka wreszcie zorientowała się, o co chodzi. — Mamy tylko pluszaki i takie plastikowe… badziewki. — Dotknęła dłonią koszyka z plastikowymi zabawkami.
— Czyli małpy się skończyły? — upewniła się Mi.
— Nigdy nie mieliśmy tu prawdziwych małp.
— Ale to jest zoo, nie? — ciągnęła Mi. — W zoo powinny być prawdziwe małpy.
— Są, oczywiście, że są. Na wybiegu dla małp. Tam. — Wskazała drugie wejście do sklepu, to od strony zoo.
— Aha. To dziękuję. — Mi ukłoniła się i ruszyła w stronę drzwi. Niestety, gdy do nich dotarła, dostrzegła brak klamki. — Co jest?
— To drzwi dla wychodzących z zoo — Albert stanął obok. — Ludzie mogą tędy przejść do sklepu po zwiedzaniu. Musisz się wrócić, kupić bilet i wejść przez bramkę.
— No jeszcze czego! Zabraknie mi kasy na małpę.
Amelia i Kuba
— Nie możesz tam wejść bez biletu. To wbrew regu –
— Przestań z tym regulaminem! — niemal krzyknęła Mi. — Ta miła pani pokazała mi, że mam iść do wybiegu dla małp. W regulaminie na pewno jest jakiś taki paragraf, że trzeba słuchać pracowników zoo, czy coś.
Albert zastanowił się.
— Nie zapoznałem się jeszcze z regulaminem zoo — przyznał.
Drzwi z zakazem wstępu otworzyły się. Właśnie wychodziła przez nie rodzinka, która skończyła zwiedzanie.
— No widzisz. Regulamin na pewno jest gdzieś za tymi drzwiami. — Mi sprawnie przytrzymała drzwi, powstrzymując je przed zamknięciem. — Chodź, to sobie przeczytasz.
Przeszli przez drzwi. Regulamin rzeczywiście wisiał na ścianie – wielka tablica zapisana była małymi literkami. Przeczytanie tego musiałoby zająć z godzinę. Zresztą nikt z wchodzących nawet na to nie zerkał.
— Zrób zdjęcie, potem sobie poczytasz — poradziła Mi.
— Nie mogę zwiedzać zoo, nie znając regulaminu. — Albert stał przed tablicą i wyglądało na to, że naprawdę zamierza to wszystko przeczytać.
— Przecież już zwiedzasz. — Mi ruszyła szeroką aleją. — A jak w regulaminie jest napisane, że trzeba ciągle chodzić i nie wolno się zatrzymywać?
Amelia i Kuba
Albert nie wiedział, co począć z tą informacją. No bo co, jeśli Mi ma rację? Wyjął z plecaka tablet, zrobił zdjęcie.
— „Zabrania się robienia zdjęć” — przeczytał pierwszy punkt i przełknął ślinę. Uspokoił się, dopiero gdy przeczytał dalej — „zakaz nie dotyczy zdjęć robionych na własny użytek”.
Ruszył za dziewczynką.
Mi nie oglądała mijanych wybiegów. Nie było tam zresztą wiele do oglądania. Upał sprawił, że zwierzęta leżały w cieniu. Szła, prowadzona drogowskazami z narysowaną małpą.
Amelia i Kuba
Albert podążał za nią, czytając kolejne punkty regulaminu ze zdjęcia:
— „Zabrania się wnoszenia balonów”.
— A co komu szkodzą balony? — zapytała bez zainteresowania Mi.
— Podejrzewam, że mogą wystraszyć niektóre zwierzęta.
— No to brzydkich ludzi też nie powinni wpuszczać. Małpy! — Przyspieszyła kroku i zatrzymała się dopiero przed barierką zabezpieczającą rzędy dużych klatek. — Paskudne jakieś — oceniła krytycznie mieszkańców pierwszej klatki. — I mają czerwone tyłki.
— To pawiany — wyjaśnił Albert. — Po co tu przyszliśmy?
— Po małpę. — Przeszła dalej, do mniejszych wybiegów-klatek. — Te nie… te też nie… — wyliczała. — Te wyglądają jak głupki, a tamte jeszcze gorzej, tylko siedzą i się gapią. O! Te są niezłe. Co sądzisz?
Zatrzymała się przed klatką z małymi czarnymi małpkami.
— To szympansy — rzucił Albert i powrócił do czytania regulaminu. — „Nie wolno karmić zwierząt”.
— Jakieś ćwierćmózgi pisały ten regulamin. Zwierzęta trzeba karmić, bo umrą z głodu. Widzisz, ile są warte te twoje regulaminy? — Mi studiowała tabliczkę przed klatką. — Hm, nie widzę ceny. Tu jest pewnie tak jak w supermarkecie. Bierzesz, co chcesz, a płacisz przy wyjściu.
— Te małpy nie są na sprzedaż — powiedział Albert.
— Czyli to taka jakby wystawa? — upewniła się Mi. — No dobra, to gdzieś tam musi być magazyn małp, czy coś takiego.
Rozejrzała się i zauważyła ukryte z boku drzwi z napisem „Tylko dla personelu” . Podeszła do nich.
— Tam jest napisane „Tylko dla personelu” — ostrzegł ją Albert.
— A kto to taki, ten personel?
— Ten, kto tu pracuje.
— O, a ja właśnie szukam tego kogoś. — Nacisnęła klamkę. Drzwi były otwarte. — To narka.
I zanim Albert zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Mi weszła do chłodnego wnętrza.
Chłopiec powrócił do lektury regulaminu i przeczytał głośno następny punkt:
— „Dzieci do lat 12 mogą przebywać na terenie ZOO wyłącznie pod opieką dorosłych”.
Albert z przerażeniem schował tablet i rozejrzał się. Musiał jak najszybciej opuścić zoo! Ruszył szybkim krokiem w kierunku wyjścia. Biegłby, gdyby nie to, że bieganie też było zabronione.
Mi tymczasem szła korytarzem, który wyglądał na mało uczęszczany. Z pewnością nie wchodzili tu zwykli goście. To nic dziwnego, bo zwykli goście nie kupowali małp, więc po co mieliby tu wchodzić?
Czytała napisy na mijanych drzwiach: „Koczkodany”, „Pawiany”, „Szympansy” i tak dalej. To tylko upewniło ją, że znajduje się w magazynie małp.
Amelia i Kuba
— Przepraszam! — zawołała. — Jest tu ktoś? Panie Personelu!
Nikt nie odpowiadał, więc nie pozostało jej nic innego, jak odszukać pana Personela. Zapukała w pierwsze lepsze drzwi. Dźwięk, który zza nich dobiegł, ani trochę nie przypominał „Proszę wejść”. Mi zatrzymała się z ręką na klamce. Może pan Personel właśnie je lunch? Z pełnymi ustami trudno powiedzieć: „Proszę wejść”. Cóż, jest tylko jeden sposób, żeby to sprawdzić. Nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi.
— Smacznego! — powiedziała, z rozpędu myląc to z „dzień dobry”.
Tego, na kogo patrzyła, w żadnym razie nie można było nazwać personelem. Ten ktoś wprawdzie jadł, ale banana. Trzymał go we włochatej ręce. Cały zresztą był włochaty.
Ten ktoś ponad wszelką wątpliwość był małpą. Mi uśmiechnęła się od ucha do ucha.
Amelia i Kuba


Udostepnij
Glodne Slonce

One Response to “Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony - fragment #1”

  1. Basia Says:

    Bardzo ciekawa pozycja:)

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).